O wyborach w USA bez emocji

W tegorocznych wyborach prezydenckich, ze względu na pandemię, rekordowa ilość Amerykanów głosowała korespondencyjnie, przez pocztę – około 65 milionów, a więc blisko połowa tych, którzy głosowali. Przy niezbyt dokładnym systemie rejestracji oraz identyfikacji wyborców mogło dojść do wielu nadużyć. Jeśli wybory były uczciwie, wynik poznany 14 grudnia. Jeśli były fałszowane, możemy poczekać dłużej na ogłoszenie zwycięzcy. Prezydentem może zostać nawet ktoś inny niż Biden i Trump.

Satyryczny rysunek Mariana Kamensky’ego pokazuje wybory w USA w krzywym zwierciadle. Czarnym charakterem jest tutaj Donald Trump, jednak wiele wskazuje na to, że to raczej on stanie się ofiarą tegorocznych wyborów. Amerykańska elekcja prezydencka jest specyficzna, skomplikowana i różni się w poszczególnych stanach. Wzbudza duże emocje podsycane nie tylko przez polityków, ale i przez media, które dziś w USA stały się uczestnikiem zmagań politycznych, a nie bezstronnym obserwatorem.

Wybory w USA z 3 listopada nie zakończyły się ani 3 listopada, ani w dniach następnych, ponieważ nie są bezpośrednie jak w Polsce, lecz pośrednie. W dniu głosowania, który przypada zawsze w pierwszy wtorek listopada, nie wybiera się bezpośrednio prezydenta, lecz elektorów, którzy dopiero przekażą swoje głosy na kandydatów. Każdy z 50 stanów USA ma określoną, zależną od liczby mieszkańców liczbę elektorów (np. Alaska ma 3 elektorów, a Kalifornia 55). Tak więc, teoretycznie, gdyby kandydatowi udało się wygrać w 11 stanach z największą liczbą głosów elektorskich, może już nie przejmować się wynikami w pozostałych 39 stanach. Głosów elektorskich nie dzieli się proporcjonalnie pomiędzy kandydatów, tylko wszystkie przypadają kandydatowi wygranemu, który wziął choćby jeden głos więcej od przeciwnika (zasada „zwycięzca bierze wszystko”).

W pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia – w tym roku będzie to 14 grudnia – w siedzibach władz stanowych elektorzy przekazują swoje głosy kandydatom. Zdarzyć się może, że zwycięży kandydat, który dostał mniej głosów od przeciwnika (tak było w 2016 roku). Jednak nawet decyzja Kolegium Elektorów nie zamyka jeszcze wyborów, jeśli okaże się, że doszło do pomyłek w zliczaniu głosów lub fałszerstw wyborczych.

Kandydaci mogą składać pozwy sądowe w sądach stanowych w przypadku podejrzeń o fałszowanie wyborów. Rozstrzygnięcia muszą zapaść najpóźniej w ciągu 14 dni. Można się od nich odwołać do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych. Ta droga ze względu na ostrą polaryzację polityczną (sądy stanowe obsadzone przez dominujący układ polityczny) może jednak nie skorygować pomyłek lub fałszerstw.

Zgodnie z 12 poprawką do konstytucji wybory musi potwierdzić Kongres na wspólnym posiedzeniu dwóch izb (Izby Reprezentantów i Senatu), do którego dojdzie 6 stycznia 2021. Kierować nim będzie obecny wiceprezydent Mike Pence, który na pisemny i umotywowany wniosek jednego kongresmena i jednego senatora może potwierdzić nieprawidłowość wyborów w danym stanie. Jego decyzja nie podlega głosowaniu.

Istnieje jeszcze jeden bezpiecznik. Gdyby w wyniku decyzji Mike Pence’a żaden z kandydatów nie uzyskał wymaganych do prezydentury 270 głosów elektorskich, wówczas wyboru prezydenta dokona Izba Reprezentantów. W takim przypadku nie będzie jednak decydować większość głosów, lecz głosowanie stanami, z których każdy ma jeden głos o sile politycznej takiej jaką reprezentuje większość kongresmenów w tym stanie. Głosowanie musi się zakończyć do 20 stycznia 2021 roku. Gdyby wybór nie odbył się w tym terminie prezydentem zostanie speaker Izby Reprezentantów wybrany zwykłą większością głosów w Izbie (prawdopodobnie Nancy Pelosi).

Kilka uwag w sprawie składania gratulacji „prezydentowi” Joe Bidenowi. W zasadzie jest to nietakt  i okazywanie braku szacunku dla amerykańskiej konstytucji. Tak zachowali się m.in. Angela Merkel i Emmanuel Macron, którzy w ten sposób dali upust swojej niechęci do Donalda Trumpa, który popierał Brexit, założył amerykańskie embargo na Nord Stream 2  i wytykał słabości Unii Europejskiej.

Prezydent Andrzej Duda, który dobrze porusza się w sferze stosunków polsko-amerykańskich, nie popełnił żadnej niezręczności. Pogratulował Joe Bidenowi „udanej kampanii prezydenckiej”, dodając, że „w oczekiwaniu na nominację Kolegium Elektorów Polska jest zdeterminowana, aby utrzymać wysoki poziom i wysoką jakość polsko-amerykańskiego partnerstwa strategicznego dla jeszcze silniejszego sojuszu”. Jest to bardzo dobre i zręczne sformułowanie.

Podobnie postąpiło wielu innych przywódców, używając innych formuł, m.in. zwracając się per „prezydent-elekt”, co w dyplomacji oznacza osobę, która przypuszczalnie będzie prezydentem, ale nim jeszcze nie jest. Wielu szefów państw w ogóle unikało słowa „prezydent”, np. Justin Trudeau, premier sąsiadującej z USA Kanady, który napisał po prostu „Joe Biden”, dodając z kurtuazją, że „nie może się doczekać współpracy”. Niektóre z państw powstrzymały się z gratulacjami do czasu ogłoszenia oficjalnych wyników wyborów.

Tadeusz ROGOWSKI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.