Uncategorized

Czarnobyl 25 lat później

CzarnobylZwrócił moją uwagę ciekawy artykuł prof. Zbigniewa Jaworowskiego, który powstał w 2006 r. w 20 rocznicę katastrofy w Czarnobylu. Prof. Jaworowski był głównym bohaterem spektaklu o Czarnobylu wyemitowanego niedawno w Teatrze Telewizji przy rekordowej widowni, więc warto przeczytać, co na temat tej tragedii ma do powiedzenia sam zainteresowany. Właśnie przypada 25 rocznica tej katastrofy.
Prof. Jaworowski był inicjatorem największej i najszybszej w historii medycyny akcji profilaktycznej (podawanie polskim dzieciom płynu Lugola), wziął też na siebie obowiązek poinformowania władz w Warszawie o katastrofie w Związku Radzieckim, w sytuacji, gdy nie chciał tego zrobić partyjny kierownik Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej, a prezes Państwowej Agencji Atomistyki po otrzymaniu pierwszych sygnałów stał się nieuchwytny.

W spektaklu Teatru Telewizji przedstawiono prof. Jaworowskiego jak bohatera i jest w tym sporo racji, ale zabrakło informacji, jak on to ocenia z perspektywy czasu:

Nie wiedziałem wtedy, jak dalej rozwinie się sytuacja i czy nie nastąpi gwałtowny wzrost skażeń (z Moskwy nie przychodziły żadne istotne informacje), dlatego masowa profilaktyka jodowa wydawała mi się absolutnie konieczna. Dzisiaj wiem, że limit 50 mSv, podany przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej (MAEA) oraz Międzynarodową Komisję Ochrony Radiologicznej (ICRP), był przesadnie niski oraz że tylko niewielki odsetek polskich dzieci wchłonął dawkę powyżej 200 mSv. Dziś w podobnej sytuacji nie doradzałbym rządowi stosowania takiej profilaktyki, chociaż świat podziwia nas za to, co wtedy zrobiliśmy, i wiele państw (m.in. USA, Francja i Wielka Brytania) powołuje się na polskie doświadczenie w swoich planach działań ochronnych. Ale wtedy, wróciwszy koło pierwszej w nocy do domu, powiedziałem żonie: „Myślę, że powinniśmy podać jod wszystkim dzieciom w Polsce”.
Długo nie pospałem, bo o 3:30 obudził mnie telefon: „Proszę natychmiast przyjechać do Komitetu Centralnego. Auto czeka już pod pana domem”. Dotarłem tam w pół godziny. A gdy wchodziłem do antyszambru gabinetu sekretarza KC Mariana Woźniaka, w którym roiło się od ministrów i generałów, usłyszałem jak wiceminister obrony narodowej mówi do kogoś:

Ach, ci profesorowie, zawsze chcą błyszczeć! Nie ma żadnych skażeń. Przecież gdyby były, nasza służba chemiczna dawno by je wykryła. Niestety, ta służba nie była wówczas w stanie niczego wykryć, gdyż aparatura wojskowego monitoringu nastawiona była na ataki jądrowe oraz skażenia i dawki promieniowania setki, tysiące razy wyższe od czarnobylskich.

źródło: Z. Jaworowski: „Demony Czarnobyla”, Świat Nauki 4/2006

W spektaklu Teatru Telewizji frazę o profesorach, którzy „chcą błyszczeć” wypowiada minister obrony Florian Siwicki już po rozpoczęciu obrad komisji, a nie wiceminister obrony narodowej, więc rozmija się to trochę z relacją prof. Jaworowskiego. Pochwaliłbym jednak twórców spektaklu za uświadomienie wielu widzom, że wybuch w Czarnobylu nie był wybuchem jądrowym, ale chemicznym, z czego wiele osób do dziś nie zdaje sobie sprawy.

Budynek czwartego reaktora zniszczyła eksplozja wodoru i tlenu, a nie wybuch jądrowy, co prof. Jaworowskiemu było o tyle trudno przekazać opinii publicznej, że równocześnie z utyskiwaniami towarzyszy partyjnych musiał znosić nieuprawnione w stosunku do niego oskarżenia Radia Wolna Europa o minimalizację skutków katastrofy. Skutki zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki, które pochłonęły tysiące istnień ludzkich, były o wiele poważniejsze i wbrew temu, co sugerowali niektórzy ludzie nie znający się na fizyce jądrowej nic takiego w Czarnobylu nie groziło, gdyż wymagałoby np. ponad 90%, a nie 1,8% wzbogacenia paliwa w izotop uranu-235.

Choroba popromienna obok pracowników elektrowni dotknęła wyłącznie strażaków i żołnierzy bezpośrednio pracujących w miejscu wypadku, choć i tego można by w znacznym stopniu uniknąć, gdyby podczas akcji ratunkowej lepiej zabezpieczono ich przez skutkami promieniowania jonizującego, a nie np. kazano początkowo gołymi rękami usuwać zniszczenia czy bez zabezpieczenia zrzucać z helikopterów piasek na płonący przez 9 dni reaktor.

W filmie pojawia się postać rosyjskiego fizyka – dysydenta (to on tłumaczy nieoficjalnie polskiemu korespondentowi w Moskwie mechanizm wybuchu), który mówi o wszystkich reaktorach typu RBMK w ZSRR jako tykających bombach; warto jednak podkreślić, że nawet tamte reaktory same nie wybuchały, a w Czarnobylu obok niuansów technicznych ogromną rolę odegrał czynnik ludzki. Do katastrofy by nie doszło, gdyby nie nieodpowiedzialny eksperyment ze ŚWIADOMYM WYŁĄCZENIEM SYSTEMÓW BEZPIECZEŃSTWA (chciano w ten sposób przyspieszyć prace, by zdążyć przed świętem 1 maja) i brak możliwości automatycznego wyłączenia reaktora na wypadek awarii.

W spektaklu pokazano również jak w 1986 r. wyglądały w Polsce obchody 1 maja i jak władza ludowa przemilczała temat Czarnobyla na pochodach pierwszomajowych, na zasadzie „A w Ameryce biją Murzynów” atakując Amerykanów za jakieś zamieszki sprzed 100 lat:

Ta sama władza, która była odpowiedzialna za ponad 100 ofiar śmiertelnych stanu wojennego czy zabitych i rannych robotników Grudnia’70.

„Czarnobyl. Cztery dni w kwietniu”, w którym rolę prof. Jaworowskiego świetnie zagrał Zbigniew Zamachowski to zatem spektakl dekomunizacyjny, jakich mniej ostatnimi czasy w TVP. To duży walor tego filmu, gdyż pokazując jak mało władza ludowa liczyła się z dobrem obywateli daje wymowne świadectwo minionych czasów. Mam nadzieję, że produkcja ta zostanie za jakiś czas powtórzona, właśnie ze względów historycznych, co z pewnością warto byłoby połączyć z debatą z udziałem specjalistów na temat przyszłości energetyki jądrowej w Polsce, na której tak bardzo mimo zmiany ustroju przypadek Czarnobyla zaważył.

Krzysztof Kowalczyk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.