Co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie

KorsarzTomasz Teluk w felietonie “Zielona demokracja według UE” opisuje w jaki sposób Unia Europejska opłaca ekologów, żeby realizowali politykę unijną, narzucając krajom UE wyśrubowane normy oraz różne idiotyzmy w stylu “opłat klimatycznych” i “kwot nadmiernych emisji dwutlenku węgla”. Unia po prostu opłaca organizacje ekologiczne, a nawet je zakłada, niczym osławiona carska ochrana, która tworzyła różne tajne organizacje rewolucyjne, żeby nadchodzącą rewolucję odpowiednio ukierunkować. UE przeznacza na ten proceder ogromne kwoty, pochodzące przecież z podatków, nazywając to “wsparciem inicjatyw obywatelskich” tudzież “czwartego sektora pozarządowego”, chociaż w moich stronach takie postępowanie określało się jednym prostym słowem – łapówa.

W tym szaleństwie tkwi jednak metoda. Uprzemysłowiony Zachód narzuca ostre normy ekologiczne, które w przypadku krajów “starej” Unii mają sens, bo one mają już etap uprzemysłowienia i industrializacji za sobą, a środowisko tak zdewastowali, że dbałość o nie jest koniecznością wymuszaną przez wyborców głosujących na tzw. Zielonych czyli lewactwo. Wszak nic nie działa tak otrzeźwiająco na stare demokracje jak groźba lewactwa, nawet w ichnim wydaniu soft. Te same normy w naszych warunkach po prostu przeszkadzają w szybkiej modernizacji Polski lub nawet ją hamują. Ekolodzy zablokowali budowę drogi do Królewca w Dolinie Rospudy (nasz rząd prawdopodobnie będzie musiał wypłacić wysokie odszkodowania firmom, które zdążyły już wejść na plac budowy), a tymczasem Niemcy i Rosjanie podali sobie ręce ponad naszymi głowami budując Rurociąg Północny po dnie Bałtyku. Dlaczego wybrano tak długą i skomplikowaną drogę transportu gazu, tworząc przy okazji strategiczny sojusz gospodarczy rosyjsko-niemiecki? No bo przecież Polska jest nieobliczalna, niegodna zaufania, stawia warunki, a kiedyś może jeszcze przeszkodzić w swobodnym transporcie gazu. To są argumenty stworzone po to, żeby wyeliminować nas z gry. Skoro byle ekolog, który wlazł na drzewo, może zagrozić komunikacji między odwiecznymi przyjaciółmi Niemcami i Rosją, posiadającymi dobre tradycje stosunków wzajemnych (cztery rozbiory Polski to naprawdę spory bagaż doświadczeń), to czy państwo, które na to pozwala, jest państwem poważnym?

Tymczasem pod naszym nosem rośnie rzeczywiste, a nie wydumane, zagrożenie dla środowiska. W niemieckim Lubmin, gdzie będzie zlokalizowane zakończenie Gazociągu Północnego, oddalonym od granicy z Polską zaledwie o 40 km, mają powstać trzy elektrownie, dosłownie nad brzegiem Bałtyku – dwie gazowe i jedna węglowa. “To pewna katastrofa ekologiczna” – alarmują niemieccy naukowcy. Wzywają swoich polskich i skandynawskich kolegów o przyłączenie się do protestu, ponieważ obecność elektrowni spowoduje podniesienie się temperatury Bałtyku o kilka stopni, a to z kolei całkowicie zmieni ekosystem Bałtyku. Już w tej chwili, Bałtyk w porównaniu z innymi morzami, jest ubogi w faunę i florę morską. I co? I nic! Nie ma ekologów w proekologicznych krajach skandynawskich, nie ma ekologów w Polsce (może jeszcze nie zeszli z drzew w Dolnie Rospudy?), nie ma naukowców, tak chętnie dzielących włos na czworo w przypadku wydumanych zagrożeń.

Są dwa wytłumaczenia: albo ekolodzy stracili ikrę albo ktoś zadbał o to, żeby ją stracili. Artykuł znawcy unijnych zagadnień, Tomasza Teluka, uzmysławia nam, że chodzi o to drugie. Unia tworzy po prostu, nazywając rzecz po imieniu, agentury wpływu w poszczególnych krajach, płacąc ekologom ogromne pieniądze za realizację unijnej polityki ekologicznej. Taki ekolog jeden z drugim, spod znaku tęczy, może zablokować rozwój dużego kraju w Europie, miasta, regionu. W Polsce jak wiadomo, nie może być stoczni, hut i kopalni, transferu nowych technologii, elektrowni jądrowych, spalarni śmieci, bo Polska ma przecież być krajem półkolonialnym, peryferyjnym, niesamodzielnym, rynkiem zbytu dla bogatych krajów starej Europy, składowiskiem szrotów i odpadów wszelakich. Za to największy gwałt naturalnemu środowisku mogą zadawać tak bogate kraje jak Niemcy, Szwecja, Dania i Finlandia, dewastując na naszych oczach Bałtyk i zamieniając ten akwen w ściek niemiecko-rosyjski. Tak w praktyce wygląda unijna równość i jedność. No, ale w końcu stare polskie przysłowie uczy, że co wolno wojewodzie, to nie tobie – nomen omen – smrodzie.

Korsarz

Felieton specjalnie dla nas napisał Korsarz, znany rozbójnik i rabuśnik morski, posługujący się mottem: “Ponieważ mam tylko mały statek, nazywają mnie bandytą; ty, ponieważ masz wielką flotę, nazywają cię zdobywcą”. (Św. Augustyn)

One thought on “Co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie

  • 27 kwietnia 2010 o 09:08
    Permalink

    Weźmy na ten przykład tych pseudonaukowców zx tej pseudouczelni Politechniki Koszalińskiej. Jakiś pajac hamletyzuje ze spalarnią śmieci, on jest za a nawet przeciw, robi z tego problem, jeździ z odczytami i tlucze kasę, a za jego plecami sraja mu na ganek Niemcy i Rosjanie zamieniając Bałtyk w swoją sadzawkę ściekową. Rzetelność naukowa nakazuje wystepować w każdej sytuacji i nie kierować sie poprawnością polityczną. No ale rzetelność naukowa to pojęcie zupełnie obce beztalenciom z PK. Więc taki pajac krytykuje jedyną dużą inwestycję proekologiczną na Pomorzu Środkowym – spalarnię smieci w Koszalinie, a jednocześnie nigdy nie zająknął sie nawet na temat niszczenia Bałtyku i grożącej katastrofy. A my przecież w prostej linii kilka kilometrów od morza. A może pajac powie, ze to dobrze, bo mewy i rybitwy do Koszalina nie będą przylatywały jak juz zniszczą ekosystem Bałtyku i nie będą mu srały na samochód. Mnie wcale by takie oświadczenie politechnicvznego pajaca nie zdziwiło.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.