Thursday, Sep 21st

Last update07:01:47 AM GMT

RSS
You are here Wiara Animo et fide Ks. Jan Zieja

Ks. Jan Zieja

Email Drukuj PDF
ks. Zieja

"Kościół - pisał kardynał Newman - zawsze doznaje słabości i zapada na chorobę. Zawsze nosi w ciele konanie Pana Jezusa, aby też w Jego ciele objawiło się życie Jezusa". Kiedyś w końcu musi nastąpić wewnętrzny konflikt między doskonałością Bożą a niedoskonałością ludzką. Ale Kościół ma na to cudowną odtrutkę - świętych Pańskich.

Prof. Feliks Koneczny napisał przed wojną niezwykłą historię Polski. Tytuł książki - "Święci w dziejach narodu polskiego" - mógł sugerować, że to kolejne dzieło hagiograficzne. Nic bardziej błędnego. Ci, którzy książkę przeczytali, odkryli w niej znane już wcześniej fakty historyczne, ukazane teraz z zupełnie innej perspektywy - nie politycznej, dynastycznej, ustrojowo-państwowej, ale od strony społecznej, ze szczególną rolą świętych, którzy przez wieki, w pełnej solidarności ze społeczeństwem realizowali programy społeczne. Koneczny przedstawił Kościół jako wychowawcę narodu polskiego i innych narodów europejskich i uważał go za główny, jeśli nie najważniejszy czynnik, powodujący rozwój Polski. Kościół oddziałuje przez religię, a manifestacją jego żywotności stali się święci, którzy wskazywali społeczeństwu kierunek rozwoju i byli twórcami polskiej historii (Paweł Milcarek, "Feliks Koneczny i jego synteza historii Polski"). Co ciekawe, historia Konecznego zaczyna się od Cyryla i Metodego, a kończy na biskupie Łozińskim, z którym tak mocno związany był ks. Zieja.

Po wojnie, zwłaszcza za pontyfikatu Jana Pawła II, Kościół wyniósł na swoje ołtarze wielu nowych świętych. Każdy z nich podążał inną drogą za Chrystusem, każdy odznaczał się innym charakterem i charyzmatem. Wydaje się jednak, że trudno znaleźć kandydata do świętości tak "wszechstronnego" jak ks. Zieja - jego postać jest jakby kwintesencją całej epoki, skupiając w sobie większość kluczowych zagadnień i wyzwań, przed którymi musiał stanąć Kościół przełomu wieków. Przeżył niemal cały wiek XX, był świadkiem i uczestnikiem najbardziej dramatycznych momentów stulecia, był wszędzie tam, gdzie chrześcijaństwo trafnie potrafiło rozpoznać znaki czasu. Rację miał zatem Jerzy Turowicz, pisząc, że "jego osoba, styl życia, kapłaństwo stanowią dzisiaj niezwykle ważne i niezmiernie aktualne orędzie, adresowane do całej wspólnoty ludzi wierzących w naszym kraju".

Był więc ks. Zieja człowiekiem Lasek, tej niezwykłej instytucji, która była nie tylko ośrodkiem rehabilitacji niewidomych, ale także miejscem kształtowania wyjątkowej duchowości, łączącej w sobie zdrową doktrynę tomizmu z franciszkańskim duchem ubóstwa i pięknem liturgii benedyktyńskiej. Już na czterdzieści lat przed Soborem Watykańskim II głosił, że Kościół to wspólnota wszystkich wiernych, razem z księżmi i biskupami, wspólnota zgromadzona przez Chrystusa i prowadzona przez Ducha Świętego. Jego drogi wciąż przecinały się z późniejszymi kandydatami na ołtarze. Ze św. Urszulą Ledóchowską łączyła go praca na Polesiu, zaangażowanie w służbę najbardziej potrzebującym oraz wspólne przekonanie, że ludziom potrzeba nie tyle nauczycieli wiary, co żywych świadków Chrystusa i Jego Ewangelii. Przyjaźnił się z Maxem Josefem Metzgerem, Bratem Pawłem, Niemcem zamordowanym później przez hitlerowców, który z chrześcijaństwa chciał uczynić orędzie pokoju między narodami i głosił ekumenizm, rozumiany jako dążenie do utraconej jedności wszystkich chrześcijan, co dzisiaj wydaje się czymś normalnym, ale wówczas było zupełną nowością. Był wśród Żydów, narodu skazanego na zagładę, zarówno wtedy, gdy byli słuchaczami jego "chłopskiego gimnazjum" na Polesiu jak i wtedy, kiedy angażował się w "Żegocie", organizacji pomocy Żydom. Jako sygnatariusz Komitetu Obrony Robotników, jednej z pierwszych jawnych organizacji opozycyjnych powstałych za "żelazną kurtyną", ujął się za bitymi i prześladowanymi przez komunistyczną dyktaturę. Był wśród polskiej inteligencji katolickiej - w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży Akademickiej "Odrodzenie", duszpasterstwie akademickim, środowiskach "Znaku" i "Tygodnika Powszechnego" - jak i wśród zradykalizowanych chłopów z "Wici", których uchronił przed pokusą antyklerykalizmu politycznego. Współtworzył jedyny w swoim rodzaju etos żołnierski - harcerskiej organizacji Szarych Szeregów - który próbował łączyć sprzeciw wobec zabijania z koniecznością walki i obrony narodu przed unicestwieniem. Odważnie głosił prawdę, zarówno wtedy gdy bronił aresztowanego prymasa Stefana Wyszyńskiego, jak i wówczas, gdy jako jeden z pierwszych publicznie mówił o Katyniu i agresji na Polskę 17 września. I był jednocześnie człowiekiem pojednania, który w testamencie nakazał, by w czasie jego pogrzebu nie było żadnych przemówień, a tylko modlitwa o pokój między narodami całego świata, szczególnie o jedność braterską Polaków, Litwinów, Białorusinów i Ukraińców.

Znakiem rozpoznawczym jego duchowego szlachectwa była Ewangelia. "Dla mnie kapłaństwo to jest to, co w Ewangelii napisano" - to był cały jego program. "To, co się nazywa katolicyzmem i jako takie jest cenione, szerzone - to nie wystarcza. Trzeba zwrócić uwagę na życie Ewangelią, na to, do czego ona wzywa, wymaga". Porywał za sobą ludzi wszystkich warstw i stanów. "Żyć Ewangelią to trud nieustannej konfrontacji ze słowami Jezusa - pisał Jerzy Klukowski po śmierci ks. Ziei - to nieustanne kwestionowanie zastanych układów a przede wszystkim swojej wygodnej pozycji, nawyków, przyzwyczajeń. To świadomy wybór drogi po prąd panujących układów społecznych, regulowanych zwyczajem i mentalnością ludzi poszukujących swego własnego interesu. Nie tylko w społeczeństwie świeckim, ale - co wielu wydaje się paradoksem - jakże często również wśród ludzi Kościoła". Innym rysem jego kapłaństwa była praktykowana miłość ubogich, wyrzeczenie się dóbr materialnych i przemocy. "Wierzę - pisał Jacek Moskwa - że te idee czekają na swój rozkwit w Kościele przyszłości. Nie w politycznej formie kolejnej odmiany chrześcijańskiego socjalizmu czy naiwnego pacyfizmu, ale w radykalnej opozycji wobec kierunku, jaki przyniosła współczesna cywilizacja". Był z kapłanem staroświeckim z wyglądu i bardzo nowoczesnym z ducha. "Poza domem nie pokazywał się bez sutanny, którą nazywał suknią. Mimo to wydaje się bliższy przyszłości, niż wielu księży w garniturach, a nawet krawatach". I wreszcie - był orędownikiem narodowego pojednania. Matka Andrzeja Górska, urszulanka, wspomina, że w ostatnich miesiącach życia, słuchając informacji o wydarzeniach w Polsce, miał do niej powiedzieć: "Modlę się dla Polski o pojednanie wewnątrznarodowe - między nami, Polakami - ale takie do głębi, bo tylu wśród nas jest pięknych ludzi, pozornie po przeciwnych stronach".

O jego kaznodziejstwie opowiadano legendy. "Był li drugim Skargą, jak twierdzono?" - pytała Zofia Kossak-Szczucka na łamach prasy polonijnej. "Nie wiem. Natomiast wiem z całą pewnością, ze nie mówił sam przez siebie. Przychodził onieśmielony, jak gdyby zakłopotany widokiem tylu obecnych, klękał... Zaczynał mówić nieudolnie, zacinając się, powtarzając, aż powoli Duch zstępował na niego. Jak gdyby usunęły się jakieś zapory, słowa stawały się bystre, celne, zdania rwące, myśl jaśniała blaskiem, śmiałością, polotem. Porywał zasłuchanych, mówił w uniesieniu jak prorok. Gdy wymawiał Najświętsze Imiona, zdawał się spoglądać w Niebo otworzone. Ciągnął za sobą oporne troki umysłów, zmuszał, by płonęły jak on. Był drabiną, po której wspinaliśmy się ku Bogu, kubkiem podającym do ust wodę żywota. Letnich przeobrażał w gorących, gorących w płomiennych".

Był wrażliwy na krzywdę ludzką i niesprawiedliwość społeczną. Swoją postawą nawiązywał do najlepszych polskich tradycji społecznikowskich i obywatelskich. Gdziekolwiek się pojawiał, natychmiast powstawały uniwersytety ludowe, gimnazja chłopskie, kursy dokształcające, dom dla samotnych matek. We wspomnianym już artykule Z. Kossak-Szczucka pisała: "Ze szczególną siłą potępiał krzywdę społeczną. Gdy mówił o niej, z ust jego padały gromy. Omawiając siódme przykazanie, stwierdzał, że Bóg, który wszystko przewidział, zaopatrzył ziemię w wystarczającą ilość środków żywności dla ludzi każdej epoki. Jeżeli komuś brak chleba - wołał z uniesieniem - to dlatego, że ktoś drugi ten chleb skradł. Skradł, gromadząc u siebie nadmiar! Biada tym złodziejom, co nie z głodu, a z chciwości okradają bliźnich! Nie znajdą miłosierdzia u Pana!".

Taki był ks. Zieja. Ludzie go kochali i trudno nawet dzisiaj wymienić wszystkie tytuły, którymi go obdarzali - sam ks. Zieja czułby się zapewne zakłopotany, gdyby je usłyszał. Pisano o nim: świadek Ewangelii, szaleniec Boży, prorok XX wieku, natchniony kaznodzieja, kapelan wszystkich potrzebujących. Ale chyba najwymowniejsze świadectwo pozostawił anonimowy osobnik, który przed wojną w Radomiu, napisał na drzwiach jego mieszkania: "Tu mieszka dobry ksiądz". Papież Jan Paweł II, który jako biskup nominat uczestniczył na Jasnej Górze w rekolekcjach prowadzonych przez ks. Zieję, określił go jako "kapłana o wybitnej osobowości". Św. Urszula Ledóchowska mówiła o nim "bardzo dobry i święty". Czy Święta mogła się mylić?

Szkoda, że dzisiaj profesor Koneczny nie może kontynuować swojego dzieła. W osobie księdza Ziei znalazłby to wszystko, co mądrze próbował uzasadnić, a o czym dzisiaj już prawie zapomniano. (tr)

Koszalińska strona internetowa --> Ks. Jan Zieja

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież