Home » Koszalinianie » Tradycje » Genowefa i Stanisław Krudosowie

Dodano: 2010-05-29

Genowefa i Stanisław Krudosowie

Rok po ich ślubie wybuchła wojna. Nie minęło następne pół roku, kiedy jechali już w bydlęcych wagonach w głąb Rosji - do „nieludzkiej ziemi”. Później, już w Uzbekistanie, rozstali się na kilka lat. Różnymi drogami - on jako żołnierz, ona jako sanitariuszka - podążali do Polski, ku upragnionemu spotkaniu, ani na chwilę nie tracąc nadziei, że kiedyś wreszcie do niego dojdzie.

Genowefa i Stanisław Krudosowie. Zdjęcie z 2003 roku.

W 2003 roku, w otoczeniu dzieci i wnuków, obchodzili 65-lecie swojego małżeństwa. Historię państwa Genowefy i Stanisława Krudosów, obecnie mieszkańców Koszalina, opisała Jolanta Wilniewczyc w gazetce „Idźcie do Józefa”, ukazującej się w parafii Św. Józefa Rzemieślnika w Koszalinie.

Zsyłka

10 lutego 1940 roku Stanisława Krudosa z żoną Genowefą, zamieszkujących okolice Złoczowa, wywieziono w głąb Związku Radzieckiego, do republiki Komi. Tak jak w przypadku tysięcy innych rodzin, ich jedyna „wina” polegała na tym, że byli Polakami. Pracowali przy wyrębie lasu. Ciężka i niebezpieczna praca trwała od świtu do nocy. Mieszkali w baraku, stojących na palach ze względu na obfite opady śniegu, spali na pryczach. Dostawali kartki na chleb i cukier według przysługującej normy.

- Chleb był ciemny, ciężki, niewypieczony, bo chodziło tu o wagę tego chleba, a nie o jakość - wspomina pani Genowefa.

Jeśli wyrabiali normę, dostawali 900 gram chleba na dobę, a dzieci i osoby niepracujące - 400 gram. Raz w miesiącu każda rodzina, bez względu na liczebność, dostawała ćwierć litra oleju. Najgorsza była zima, która trwała tam od września do maja, a mrozy dochodziły do 50-60 stopni poniżej zera. Latem przychodziły czterdziestostopniowe upały, którym towarzyszyła plaga komarów, moskitów, karaluchów i pluskiew. Za uchylanie się od pracy groziła kara więzienia. Pracowano siedem dni w tygodniu. Chodzili w kufajkach i walonkach. Wielu ludzi chorowało z niedożywienia, mrozu i ciężkiej harówki. Wielu umierało.

- Nie było księdza ani kaplicy, nie było żadnego kultu religijnego. Z niedzielą było inaczej jak u nas, nie była dniem świątecznym, wolnym od pracy, ale została zrównana z dniem powszednim - mówi pani Genowefa.

Zwolniono ich z obozu po zawarciu układu z ZSRR przez gen. Władysława Sikorskiego. Pan Stanisław dowiedział się, że powstaje Wojsko Polskie w ZSRR. Trzy dni szli pieszo do najbliższej stacji kolejowej. Po dziesięciodniowej podróży pociągiem, o sucharach i wodzie, dotarli w końcu do Uzbekistanu. Nie był to jednak koniec ich tułaczki.

Wysiedli na stacji Uczkurgan, stąd rozwożono ich do pracy. Trafili do kołchozu „Oktiabr”. Mieszkali w lepiankach, czyli domach z gliny, przykrytych łętami z bawełny, w których spało się na klepisku. W kącie lepianki było palenisko, nad którym wisiał garnek służący do gotowania wody albo zupy ze złapanych wróbli. Pracowali przy zbiorze bawełny. Ich podstawowym pożywieniem były lepioszki, czyli placki z kukurydzy, które nie wystarczało nawet do zaspokojenie głodu.

Rozstanie

Pana Stanisława powołano do tworzonej armii gen. Władysława Andersa i odesłano do miejsca formowania jednostek. Po przebyciu kwarantanny, 18 marca 1942 roku, ledwie sformowaną armię wystano na Środkowy Wschód na przeszkolenie wojskowe - do Iraku, Iranu i Palestyny.

- Mąż mój Stanisław - wspomina pani Genowefa - odjechał na punkt zborny do wojska, a wraz z nim wszyscy poborowi, którzy tam mieszkali. Punkt zborny był oddalony od miejsca zamieszkania 300 kilometrów. Kto mieszkał blisko, ten zdążył wrócić po załatwieniu wszystkich formalności związanych z wyjazdem na front i zabrać swoją rodzinę. To było zagwarantowane umową gen. Sikorskiego - poborowy miał prawo wyjeżdżając na front, zabrać ze sobą rodzinę.

Niestety, pan Stanisław nie mógł zdążyć, bo jego punkt zborny był zbyt daleko. Groziło im, że pozostaną w Uzbekistanie na zawsze. Ktoś musiał się pierwszy wydostać z tego piekła, żeby później upomnieć się o pozostałych.

W Italii i... Uzbekistanie

Pan Stanisław trafił wraz z całym II Korpusem Polskim do Włoch. Swój szlak bojowy rozpoczął 4 lutego 1944 roku nad rzeką Sangro. Później, już jako saper, walczył między innymi pod Monte Cassino, Piedimonte, Arezzo, Loreto, Peskarą, Ankoną, Rimini. Po bitwie pod Monte Cassino budował, stojący do dzisiaj, obelisk upamiętniający żołnierzy 3. Dywizji Strzelców Karpackich. W Loreto brał udział w ratowaniu zbombardowanej przez Niemców bazyliki. Polscy żołnierze, gasząc z narażeniem życia pożar kopuły, ocalili wówczas znajdujący się pod nią święty domek z Nazaretu. Kilku z nich odznaczył orderami papieskimi biskup polowy Gawlina.

- Zostałam sama wśród obcych ludzi w Uzbekistanie - mówi pani Genowefa - i zaczęłam pracować w kołchozie „Oktiabr” przy uprawie i zbiorze bawełny.

Praca była ponad ludzkie siły, a otrzymywane wynagrodzenie nie starczało nawet na skromne utrzymanie. Mieszkała w lepiance, w obcym kulturowo środowisku. - Uzbecy mnie prześladowali, napastowali, trzeba się było jak można bronić, uciekać, chować przed mężczyznami. Żyło się w ciągłym strachu - wspomina.

Po kryjomu chodziła na kołchozowe pola i zbierała kłosy zbóż, które pozostały po żniwach. W oddalonym o cztery kilometry miasteczku Uczkurgan, do którego poszta boso, kupiła olej rycynowy, a później smażyła placki z mąki uzyskanej z zebranych kłosów oraz nasion różnych roślin, rosnących na polach. Mąkę mieliła na prymitywnych żarnach, poprzez pocieranie kamieniem o kamień. Chleb był na wagę złota, przydział składał się z kilku kawałków. Kiedyś, idąc przez miasteczko, zauważyła niosącego chleb Uzbeka.

- Szłam za tym człowiekiem kawał drogi, bo myślałam, że może zgubi odkrojony kawałek i ja wtedy go podniosę i spróbuję, jak smakuje chleb - opowiada pani Genowefa.

Ale brakowało nie tylko chleba. - Tęskniłam bardzo za mową ojczystą, tradycją, za Kościołem, a tam nie było ani Kościoła, ani księdza - mówi.

Tułaczka

Pani Genowefa z trudem znosiła nędzę, głód i prace ponad ludzkie siły. Wreszcie zdecydowała się na ucieczkę z obozu. Boso, w nędznym odzieniu, bez dokumentów i biletu, bez pieniędzy pojechała pociągiem do Namanganu. Tutaj znalazła pracę w przychodni lekarskiej.

- Dostałam ubranie jako pracownik szpitala, wyżywienie, no oczywiście chleb, którego tak bardzo pragnęłam - wspomina pani Genowefa. - Cieszyłam się bardzo, że tak mi się poszczęściło w życiu.

W szpitalu zatrudnione były jeszcze dwie Polki. Zawiązała się serdeczna przyjaźń i możliwość rozmawiania w języku ojczystym. Szczęście nie trwało długo. Oddelegowano ją służbowo do pracy w Lenmabadzie, gdzie budowano elektrownię.

- Pracowałam ciężko, wynosząc na plecach ziemię pod fundamenty elektrowni. Spałam pod gołym niebem na ziemi, razem z wężami i skorpionami. Pewnego ranka nie obudziłam się, bo dostałam udaru słonecznego i znalazłam się w szpitalu. Zachorowałam na chorobę tropikalną, malarię. Dostałam szkorbutu, dziąsła krwawiły, wychodziły zęby z dziąseł - wspomina tamten koszmar.

Po wyzdrowieniu pozostawiono ją w szpitalu, w którym się leczyła. - Potem dostałam jakiś stary mundur wojskowy i zostałam wcielona do wojska, jako sanitariuszka w szpitalu wojskowym - opowiada pani Genowefa.

Wyruszyli na front w kierunku Kijowa. W drodze przeżyli ciężkie bombardowanie, podczas którego zginęła połowa personelu medycznego. W Kijowie przyjmowali rannych żołnierzy. Szpital posuwał się za frontem, aż trafił do Mińska Mazowieckiego.

Poszukiwania

Zwycięskie wojska wracały z Berlina do swojego kraju, a wraz z nimi - rosyjscy pracownicy szpitala polowego z Mińska Mazowieckiego. Pani Genowefa znów została sama. Napisała list do znajomych mieszkających w Tarnowie. Pytała w nim o Kazika Błaszczyka, z którym razem przebywali na „nieludzkiej ziemi” - Okazało się, że Kazik również napisał list do rodzinnej miejscowości - mówi pani Genowefa. - Był w Anglii i poszukiwał żony z dziećmi.

List zawierał bezcenną informację - Stanisław żyje i jest razem z Kazikiem w Anglii. Nawiązała kontakt z rodzicami przebywającymi na Lubelszczyźnie. Później pojechała w okolice Wałbrzycha, aby objąć wolne gospodarstwo, ale jako osoba samotna nie mogła go przejąć. Trafiła do Lidzbarka Warmińskiego, gdzie spotkała znajomych ze swoich rodzinnych stron - Złoczowa - i u nich się zatrzymała.

I wtedy dostała list od rodziców. Pisali, że dotarli do Koszalina i zamieszkują w domu przy ulicy Łużyckiej 51. Nie zwlekając, natychmiast pojechali przyjechali do Koszalina, przywożąc ze sobą złoczowskich znajomych. - Powitanie i radość ze spotkania z rodzicami i rodzeństwem po tak długiej rozłące była ogromna. Tyle mieliśmy sobie do powiedzenia - wspomina pani Genowefa, która oczywiście zamieszkała wśród rodziców.

Spotkanie

Pan Stanisław wrócił do Polski w 1947 roku. - Musieliśmy usankcjonować nasze małżeństwo od strony prawnej, ponieważ nie mieliśmy żadnych dokumentów, które potwierdzałyby nasz związek - mówi pani Genowefa. Poszukiwanie dokumentów rozpoczęli od archiwum w Łodzi. Okazało się, że wszystkie dokumenty spłonęły w Złoczowie. Otrzymali akt zawarcia małżeństwa na podstawie zeznań świadków pod przysięgą.

- Cieszyłam się bardzo, że po tych latach rozłąki jesteśmy nareszcie razem i stanowimy już nierozłączną parę małżonków, którą na samym wstępie naszego małżeństwa rozdzieliła zawierucha wojenna, wyganiając nas z rodzinnego domu, z kraju w obce, nieznane strony, gdzie musieliśmy żyć każde z nas na swój rachunek, nie wiedząc nic o sobie - opowiada pani Genowefa.

Podjęła pracę w szpitalu wojskowym przy ul. Młyńskiej. Wkrótce musiała ją jednak porzucić z powodu choroby rodziców. Wiele czasu poświęcała pracy społecznej. Pan Stanisław był cenionym pracownikiem kilku koszalińskich zakładów pracy. Dzisiaj z dumą prezentuje medale wojskowe oraz medale i dyplomy za wzorową pracę.

- Doczekaliśmy się z mężem dwójki dzieci, córki i syna, oraz czwórki wnucząt - mówi pani Genowefa. - Syn skończył studia w Szczecinie, tam założył rodzinę i zamieszkał. Córka mieszka z nami i jest nam podporą w starości. Ja w wolnych chwilach poświęcam się pracy pisarskiej. Opisałam dzieje swojej i męża rodziny, piszę również wiersze.

Pan Stanisław dużo czasu spędza w ogródku, pani Genowefa krząta się po mieszkaniu. Nie rozdzieliła ich wojna i to jest największe szczęście jakie ich w życiu spotkało.

Tadeusz Rogowski
we współpracy z
Jolantą Wilniewczyc



Artykuł pierwotnie ukazał się w 2003 roku w lokalnym dodatku do „Gościa Niedzielnego”. Stanisław Krudos zmarł w marcu 2006 roku.


Podziel się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami na naszym Forum w dziale Koszalinianie. Jeśli znasz ciekawe życiorysy koszalinian, których losy należałoby nam wszystkim przybliżyć, napisz do nas na skrzynkę kontaktową. Spróbuj odtworzyć dzieje swojej rodziny, opisz jej losy, na pewno miałeś jakiegoś wybitnego przodka, nie musiał być koszalinianinem, ważne, że Ty nim jesteś. Opowiedz o tradycjach przeniesionych do Koszalina z innych części Polski i świata, pomyśl jaki był udział Twoich bliskich w budowaniu naszego miasta i jego społeczeństwa. Nie sugeruj się tylko postaciami wyjątkowymi, tak zwane „zwykłe życiorysy” też bywają piękne.



Koszalin7-info
Koszalin7-forum
Koszalinianie