Home » Jednomandatowe Okręgi Wyborcze » Wybory na świecie » Niemieccy demokraci przeciwko partyjnemu kartelowi

Dodano: 2011-08-01

Niemieccy demokraci przeciwko partyjnemu kartelowi

DDPSpośród ugrupowań niemieckiej opozycji pozaparlamentarnej ideową pryncypialnością i niezłomną wiarą w demokratyczne ideały wyróżnia się założona w 2004 roku Niemiecka Partia Demokratyczna (Deutsche Demokratische Partei – DDP), która czuje się - jeśli chodzi o ogólne zasady ideowe - spadkobierczynią lewicowo-liberalnej partii o tej samej nazwie działającej w latach 1918-1930. Warto zapoznać się z diagnozą DDP odnoszącą się do funkcjonowania systemu politycznego w Niemieckiej Republice Federalnej, a także z jej pomysłami na jego zreformowanie. Naczelny postulat polityczny DDP brzmi: "wyzwolić państwo z macek partii!"

Demokraci z DDP podkreślają, że obowiązująca w Niemczech zamiast konstytucji "ustawa zasadnicza" została napisana pod dyktando zwycięskich mocarstw, a zatem zgodnie z ich interesami politycznymi. Naród niemiecki nie miał nigdy możliwości głosowania nad jej przyjęciem w referendum konstytucyjnym. Takiego referendum nad przyjęciem nowej konstytucji nie zorganizowano także po zjednoczeniu Niemiec, chociaż wynikało to jasno z artykułu 146 ustawy zasadniczej. W konsekwencji RFN nie posiada prawowitej konstytucji, a tym samym państwo niemieckie pozbawione jest - według DDP - demokratycznych fundamentów.

Niemcami rządzi partyjny kartel, który zamienił Niemcy w swój prywatny folwark (według DDP podstawową strukturą systemu politycznego w RFN jest sitwa). Sam uchwala i zmienia ordynację wyborczą, która ma mu służyć jako "antydemokratyczny bastion zabezpieczenia władzy". Ordynacja wyborcza do parlamentu jest niedemokratyczna, wolne i równe wybory są fikcją. Kartel partyjny kontroluje przewodniczącego Federalnej Komisji Wyborczej i Krajowych Komisji Wyborczych, ordynacja wyborcza jest tak skonstruowana, żeby maksymalnie utrudnić małym partiom start w wyborach, zdusić w zarodku wszelkie próby powołania nowych partii i w ten sposób zapobiec powstaniu politycznej konkurencji.

Temu samemu celowi służy pięcioprocentowy próg wyborczy, umożliwiający rządzącym partiom - poprzez wykorzystanie "psychologii straconego głosu" - władanie społeczeństwem bez obawy, że ktoś wtargnie do ich ekskluzywnego klubu.

Przedstawiciele kartelu partyjnego bronią pięcioprocentowej klauzuli zaporowej, która bezlitośnie uderza w małe i nowo powstałe partie, argumentując, że ich wejście do Bundestagu i parlamentów krajowych zdestabilizowałoby system demokratyczny! Okazuje się więc, że demokracja w RFN jest tak słaba, że mniejsze partie jej zagrażają! Co ciekawe, już od dłuższego czasu podnoszą się w Niemczech głosy, że próg wyborczy w wyborach do rad gmin jest "nieprawowity" i "niedemokratyczny". Natomiast w wyborach parlamentarnych na szczeblu federalnym i krajowym staje się nagle "prawowity" i "demokratyczny". W historii RFN ponad 500 partii spoza kartelu próbowało wejść do Bundestagu, ale tylko jednej – Zielonym – udała się ta sztuka w 1983 roku.

To pokazuje, jak doskonale partyjny kartel potrafił zabezpieczyć się przed polityczną konkurencją. Niezagrożony przez nikogo dzieli między swoich udziałowców wszystkie możliwe stanowiska. Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, Najwyższego Sądu Administracyjnego zawdzięczają swoje stanowiska partiom rządzącym. To samo odnosi się do większości prokuratorów i sędziów w Wyższych Sądach Krajowych, Sądach Krajowych i Sądach Rejonowych. Nietrudno się domyślić, że, kiedy zachodzi taka potrzeba, funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości odwdzięczają się swoim dobroczyńcom.

Partie de facto zmuszają urzędników i innych pracowników służby publicznej do wstąpienia w ich szeregi - bez legitymacji partyjnej (przede wszystkim CDU i SPD) żaden urzędnik nie awansuje. Swoim partyjnym kolegom, którzy z jakichś przyczyn musieli opuścić polityczne stanowiska, kartel zapewnia posady w radach nadzorczych, zarządach i innych gremiach państwowych banków i przedsiębiorstw miejskich, w administracji i innych kontrolowanych przez siebie instytucjach.

Zgodnie z partyjnymi parytetami dobiera się dyrektorów i redaktorów telewizji i radia publicznego. Partyjny kartel i media są ze sobą tak ściśle powiązane, że kontrola mediów nad partiami jest jedną wielką fikcją; media zamieszczają jedynie sprawozdania z partyjnych dworów. Oprócz nagłaśnianej skrajnie prawicowej NPD żadna partia krytyczna wobec systemu nie może zaistnieć w niemieckich mediach. Według DDP mamy w RFN do czynienia z samozglajchszaltowaniem mediów.

Na usługach kartelu partyjnego pozostaje także Federalna Centrala Edukacji Politycznej, której zadaniem jest wspieranie demokracji w Niemczech. W rzeczywistości ta podlegająca Ministerstwu Spraw Wewnętrznych instytucja wspiera wyłącznie ideologiczno-propagandowe interesy kartelu partyjnego. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby uwzględniła punkt widzenia pozaparlamentarnej opozycji.

Pod rządami partyjnego kartelu wybory są taką samą farsą jak wybory w Afganistanie, dlatego nie ma co się dziwić, że minister Westerwelle gratulował prezydentowi Karzajowi zwycięstwa w "demokratycznych wyborach" - jeden wart drugiego. Dla DDP nie ulega najmniejszej wątpliwości, że partie rządzącego kartelu wielokrotnie działały wbrew ustawie zasadniczej i powinien je skontrolować Urząd Ochrony Konstytucji. I skontrolowałby, gdyby nie fakt, że on też jest przez nie kontrolowany.

Niemiecki parlamentaryzm - uważa DDP - zszedł na psy: posłowie to odbiorcy rozkazów płynących z partyjnych central, narzucanie dyscypliny klubowej w głosowaniach degraduje posłów do bydełka podnoszącego rękę na komendę, w Bundestagu mogłyby równie dobrze zasiadać tresowane zwierzęta, gdyby tylko miały bierne prawo wyborcze. W parlamentach tłoczą się zawodowi politycy, którzy od sali posiedzeń w powiatowej organizacji partyjnej, poprzez sale obrad kolejnych szczebli polityczno-administracyjnych dostali się do sal plenarnych w parlamentach.

Są to często ludzie, zupełnie nie znający rzeczywistości, w jakiej żyją zwykli obywatele. Z drugiej jednak strony znają ją aż nazbyt dobrze, na przykład doskonale wiedzą o katastrofalnym poziomie nauczania w tzw. szkołach głównych, które istnieją i funkcjonują dzięki ustawom, które sami uchwalili; dlatego nikt jeszcze nie słyszał, żeby posyłali tam swoje dzieci. Większość posłów z Bundestagu i parlamentów krajowych posyła swoje dzieci do szkół prywatnych. Podobnie ma się rzecz z emeryturami - posłowie uchwalają ustawy emerytalne dla szerokich mas obywateli, ale sami robią wszystko, żeby tylko nie podlegać stworzonemu przez siebie systemowi emerytalnemu.

Aby uzdrowić fatalny stan demokracji w RFN Niemiecka Partia Demokratyczna wysuwa szereg postulatów, których urzeczywistnienie dogłębnie zmieniłoby system polityczny w Niemczech. Chce m.in. ograniczyć możliwość sprawowania mandatu poselskiego do jednej kadencji. Posłowie muszą wiedzieć, że po czterech latach znowu będą żyli w tym samym systemie gospodarczym i w ramach tego samego rynku pracy, co wszyscy inni obywatele.

Perspektywa, że po upływie jednej kadencji czeka ich powrót do normalnego, prawdziwego życia pod władzą ustaw, które same uchwalili, powinna ich motywować do podejmowania decyzji przyjaznych dla obywateli, czyli dla siebie samych. Mając cztery lata na przeprowadzenie jakiegoś pomysłu pożytecznego dla społeczeństwa, nie będą marnotrawili czasu na bzdurne sprawy. Obrońcy status quo twierdzą, że jedna kadencja to zbyt krótki okres, aby poseł mógł wciągnąć się w pracę parlamentarną. To nie jest nic innego jak przyznanie się do niekompetencji. Zajęcie parlamentarzysty jest wszak znacznie prostsze niż większość zajęć w gospodarce prywatnej.

Dzisiaj posłowie mają do dyspozycji cały aparat, zbierający dla nich informacje i sporządzający ekspertyzy, a jednak okazuje się, że i tak bezmyślnie przyklepują ustawy, nie mają pojęcia, nad czym głosują, po prostu dostają polecenia od kierownictwa partyjnego, jak głosować; żadnej samodzielnej pracy nad ustawami wykonywać nie muszą.

DDP proponuje, aby obywatel wybrany na posła musiał automatycznie złożyć legitymację partyjną. W parlamencie zasiadaliby wyłącznie bezpartyjni posłowie odpowiedzialni tylko wobec wyborców; nie byłoby partyjnych klubów poselskich i ich przewodniczących, wymuszających dyscyplinę w głosowaniach. Każde głosowanie byłoby wówczas o wiele bardziej rzeczowe, a posłowie zawsze głosowaliby zgodnie z własnym sumieniem.

W parlamencie według projektu DDP nie istniałaby taka opozycja jak dziś, która systemowo, z zasady, musi - ze względu na chęć przejęcia władzy - być zawsze przeciwko wszystkiemu, co proponuje partia tworząca rząd i sabotować nawet rozsądne rozwiązania.

Sędziowie, prokuratorzy, urzędnicy nie mogliby być członkami partii. Z partii będących dziś maszyneriami przydzielającymi posady, nastąpiłby exodus wszystkich karierowiczów. Spadłaby natychmiast ich liczebność i zmalałaby one do realnych, niewielkich rozmiarów. W celu położenia kresu niemieckiej pseudodemokracji należy natychmiast znieść pięcioprocentowy próg wyborczy i uprościć ordynację wyborczą. Wówczas małe i nowe partie mogłyby wejść do parlamentu, gdzie mogłyby stać się wyzwaniem dla rozleniwionych i bezradnych starych partii, które być może ocknęłyby się wtedy z politycznej drzemki.

DDP postuluje również ustanowienie zakazu wykonywania przez parlamentarzystów dodatkowych opłacanych zajęć i wprowadzenie w życie wszystkich zaleceń Transparency International i LobbyControl tak, aby wreszcie przekupstwo również w przypadku parlamentarzystów stało się karalne. Dzisiaj RFN to Republika Lobbystów, gdzie korupcja parlamentarzystów jest praktycznie bezkarna, a kartel partyjny dba o to, żeby nie można było wyśledzić, jak, od kogo i do kogo płyną pieniądze.

Zadanie, jakie postawiła przed sobą Niemiecka Partia Demokratyczna, nie jest łatwe, zwłaszcza, że chce ona działać w ramach obecnego systemu, a przecież, jak mówi chińskie przysłowie: "Kiedy się chce osuszyć bagno, nie można pytać żab o zdanie". Jednak przewodniczący partii Jörg Gastmann jest dobrej myśli. Uważa, że zacząć trzeba od małych kroków, a w chwilach zwątpienia powtarzać sobie, że "człowiek, który zniwelował górę, był tym samym człowiekiem, który pierwszy zaczął wynosić małe kamienie leżące na jej zboczu".

Tomasz Gabiś


Pierwodruk: "Opcja na prawo", 2011, nr 5. Więcej ciekawych tekstów Tomasza Gabisia na stronie prywatnej www.tomaszgabis.pl


Tomasz Gabiś

Tomasz GABIŚ (ur. 1955) - publicysta i myśliciel konserwatywny, wybitny znawca problematyki niemieckiej. Od kilku lat identyfikuje siebie jako postkonserwatysta. Ukończył germanistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. W latach 80. XX wieku działał w opozycji. W 1987 roku był jednym z sygnatariuszy aktu założycielskiego Unii Polityki Realnej. Działał w niej do połowy lat 90. W tym okresie publikował również artykuły w tygodniku Najwyższy CZAS!. W latach 1991-2003 był redaktorem naczelnym pisma Stańczyk. Członek honorowy Organizacji Monarchistów Polskich i Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego. Publikuje w Nowym Państwie, Arcanach, Obywatelu i Opcji na Prawo.

Na podstawie: Wikipedia


Podziel się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami na naszym Forum w dziale Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. Zostań aktywnym uczestnikiem Ruchu Obywatelskiego Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. Nie stawiaj się w sytuacji bezwolnego i bezradnego obserwatora partyjnej hucpy, jaka odbywa się w Polsce. Możesz to zmienić, uwierz tylko, że leży to w zasięgu Twoich możliwości!



Koszalin7-info
Koszalin7-forum
Koszalinianie