Tuesday, Sep 19th

Last update07:01:47 AM GMT

RSS
You are here Obywatel Obywatelskość Trzy tradycje. Obrona żeromszczyzny

Trzy tradycje. Obrona żeromszczyzny

Email Drukuj PDF
3 Tradycje

Wciąż modny jest Gombrowicz. Wielu wziętych i uznanych artystów pisze Gombrowiczem, sporo dzisiejszych bestsellerów razi nieznośnym postgombrowiczowskim epigoństwem. Chętnie się dekonstruuje, wywraca tradycje, odbrązawia, wszystko podlewa ironią i poddaje w wątpliwość. Jednak coś, co miało sens w twórczości Gombrowicza, w dziełach jego epigonów staje się walką z widmami, które sami wytworzyli. Uznali bowiem, rozumianą bardzo swoiście, narodową tradycję za źródło wszelkich problemów i nieszczęść, a swoim celem uczynili przemodelowanie społeczeństwa w kierunku modernizacji i postępu, pojmowanych tak, że trudno powiedzieć, co właściwie znaczą. Wiadomo tylko, że według nich przeszkodą w zbudowaniu szczęśliwego społeczeństwa nowoczesnych ludzi jest właśnie owa nieznośna tradycyjna polskość. Czasem to epigoństwo przybiera karykaturalne, urągające twórczości Gombrowicza, formy, jak choćby niektóre happeningi Palikota czy wtykanie polskiej flagi w psie odchody - co oczywiście w opinii wielu jest szczytem nowoczesnego nonkonformizmu. Mniejsza, że przy okazji jest też szczytem żałości. Myślę, że sam Gombrowicz na widok poczynań swoich epigonów zareagowałby z właściwym sobie dystansem, krzywiąc się z kpiną i drwiną. Bo przecież oni sami wpadli w pułapkę formy, tworząc nieznoszące sprzeciwu kanony, z którymi Gombrowicz tak walczył.

Jest i druga tradycja, nabierająca dzisiaj na znaczeniu. Przyjęta przez zawodowych outsiderów, którzy zinstytucjonalizowali się i przyjęli miano antysalonu, już niewiele mniej wpływowego, niż sam salon. Stoi ona w całkowitej opozycji do gombrowiczowszczyzny, już nawet nie tyle nawiązując do Sienkiewicza (że przypomnę to klasyczne przeciwstawienie), co bardziej do, pojmowanej dość swoiście, twórczości polskich romantyków. Najważniejszy w niej jest patos (bo "tu trzeba patosu" - pisze Rymkiewicz), a artysta staje się kimś w rodzaju wieszcza, profety, czy męża opatrznościowego, któremu nie wolno zajmować się sprawami przyziemnymi, za to wręcz wypada tworzyć autorskie historiozofie. Pełno w tych historiozofiach oczywiście śmiertelnej powagi, radykalnych tez, odwołań do rzeczy ostatecznych, wielkich liter i spiżowych zdań. Zdrajcy mają być wywieszani, krew jest nawozem historii i najlepszym budulcem tożsamości, a sarmacka wolność - najwyższym ideałem. Wszystko to jest bezdyskusyjne, aprioryczne, objawione i całkowicie oderwane od małych codziennych problemów, nieprzystających przecież do drogi ku Wielkości. Tym, którzy nie chcą nią kroczyć, profeta-wieszcz, właściwym sobie spiżowym tonem, mówi - "j**** was pies".

Akcja urodziła reakcję. Nietrudno zauważyć, że te - całkowicie ze sobą sprzeczne - tradycje potrzebują się wzajemnie, by zwalczać zaciekle. Zamiast do otwarcia się szerokiej przestrzeni dyskusji i refleksji, prowadzi to do jeszcze większego jej zaklinczowania, zastygnięcia w bezproduktywnym, pozbawionym rzeczywistego znaczenia, sporze. Znowu na większość realnych problemów oczy pozostają zamknięte.

Otwiera na nie oczy, zmarginalizowana dziś i niekultywowana, tradycja polskiej powieści realistycznej, uprawiana między innymi przez Prusa czy Żeromskiego. Kojarzące się obecnie z nudnymi cegłami, których nikt nie przeczyta, dzieła, starały się odzwierciedlać trudną rzeczywistość, poruszać przyziemne, lecz bolesne problemy, wreszcie poszukiwać recepty na ich rozwiązanie. Właśnie te książki miały ogromny udział w wytworzeniu się polskiej inteligencji jako warstwy społecznie zaangażowanej, skupionej nie tylko na sobie, lecz też na interesie ogólnym.

Owa "żeromszczyzna" dziś poddawana jest zasadniczej krytyce - jako tradycja, która narzuciła inteligentom brzemię, upupiła ich, każąc mozolnie działać na rzecz wspólnego dobra, angażować się w tę najprzyziemniejszą rzeczywistość, bez oczekiwania szybkich i konkretnych profitów z tego tytułu. Nie pozwoliła im zatem dbać należycie o własny dobrobyt, ograniczając możliwość święcenia mieszczańskiego spokoju, dorabiania się i osiągnięcia, materialnie pojętego, sukcesu. Tyle że społeczne zaangażowanie jest nieodzowną cechą inteligencji jako warstwy społecznej - bez niego inteligencja nie istnieje. Skłaniam się do, może zbyt radykalnej, tezy, że dzisiaj - z powodu odrzucenia owej żeromszczyzny - inteligencja jako warstwa zanikła, rozpływając się wśród drobnomieszczaństwa (ci, którzy wyszli gorzej) oraz burżuazji (ci którym się udało). Oburzałem się kiedyś na przywołanie przez Dorna wykształciuchów, lecz teraz widzę, że było w jego wypowiedzi (użytej co prawda w niestosowanym politycznym kontekście) sporo racji. Dzisiaj klasycznie rozumianego inteligenta zastąpił wykształciuch, człowiek często głębokiej wiedzy i dużych umiejętności, ale niechętny kontaktowi z szerszą rzeczywistością, skupiony na pielęgnowaniu własnego dobrobytu i pełen dystansu, a czasem i pogardy, wobec większości współobywateli, uznawanych za ciemny lud czy roszczeniowy motłoch. To oderwanie od społeczeństwa przekreśliło inteligenckość, uczyniło ją wydmuszką, w końcu prowadząc do zaniku inteligencji w klasycznym rozumieniu. Pozostała wykształcona elita spijająca owoce transformacji oraz coraz bardziej sfrustrowana drobnointeligencja, dorabiająca się z trudem, zazdroszcząca w istocie tym, którym się powiodło, albo - z drugiej strony - widząca w nich niedościgły wzorzec i daremnie usiłująca powtórzyć ich sukces. Ciężko dziś szukać Judymów, Siłaczek, a nawet Wokulskich, za to hrabia Łęcki i von Borowiecki niezmiennie mają się dobrze. Miał w tym procesie oczywiście swój udział PRL, ma postpeerelowski kapitalizm, miało też wiele innych czynników, których samodzielnego znaczenia jednak bym nie przeceniał. Oczywiście, zdarzają się wolne elektrony albo niewielkie grupki osób, które staromodną inteligenckość kultywują, ale to za mało, by mówić o osobnej warstwie społecznej, godnej socjologicznej analizy. Boli, że tak się stało.

Marzy mi się powieść współczesna w stylu Żeromskiego czy Prusa, zamiast walczyć z widmami ("narodowej tradycji" czy z drugiej strony "kosmopolityzmu"), starająca się zdiagnozować rzeczywistość taką, jaka ona jest. Poruszyć problemy zaniku inteligencji, popękanego społeczeństwa, wzbierającej nierówności i nieufności, konfliktów wartości i interesów, braku perspektyw, dewaluacji wykształcenia czy słabej jakości elit - a tego nie można uczynić tylko za pomocą gombrowiczowskiej ironii czy neoromantycznego patosu.

Ostatecznie jednak nie chodzi o to, by odrzucać inne tradycje, raczej, by czerpać z każdej to, co pomocne. Gombrowicz uczy nas dystansu do zwyczajów, rzeczywistości, narzuconych form. To potrzebne, bo życie bez ironii staje się nieznośne. Romantyczne powaga i patos mogą pomóc sprawić, by dystans ten nie poszedł za daleko i nie stał się własną karykaturą, tak jak dzisiaj się staje. Przede wszystkim nie można jednak zapominać o tradycji społecznego zaangażowania, warunkującej konieczność pozbycia się wyniosłej pogardy wobec tych mniejszych i słabszych, którzy wcale nie są narzędziami do wykorzystania w budowie nowego ładu czy przeszkodami do jego osiągnięcia. Przeciwnie, są tymi, w których interesie należy działać, bo bez takich działań, bez wyjścia poza własny dobrobyt i czubek nosa, nie da się zbudować choćby z grubsza przyjaznego społeczeństwa. Dixi.

g.czapla

Autor prowadzi swój blog POPELINOWY POEMAT na Niezależnym Forum Publicystów Salon24.

Dziękujemy Autorowi za zgodę na przedruk artykułu.

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież