Tuesday, Sep 19th

Last update07:01:47 AM GMT

RSS
You are here Obywatel Państwo Janusz Sanocki: Upadek Polski

Janusz Sanocki: Upadek Polski

Email Drukuj PDF
J. Sanocki

Państwa polskiego już w zasadzie nie ma. Ta struktura prawno-terytorialna, która nazywa się "Rzeczpospolita Polska" (III Rzeczpospolita) trzyma się na dekoracjach - orle w koronie, paru świętach państwowych, fasadowych instytucjach tzw. "demokracji". Demokracji, w której nie jest możliwa wymiana „klasy politycznej”, w której media są całkowicie pod kontrolą paru oligarchów, powiązanych z paroma liderami partii politycznych, i w której nie funkcjonuje żaden mechanizm ochrony dobra wspólnego.Ta struktura, jaką jest III RP "wytwarza" ok. 40 mld deficytu budżetowego co rok, oprócz długów zagranicznych i wewnętrznych, które zaciąga najczęściej na spłatę poprzednich długów. Nic więc dziwnego, że zadłużenie, po 22 latach "transformacji" przekracza 800 mld zł i nic nie wskazuje, żeby mogło być zredukowane. Nie ma nowoczesnych dróg, rozsypuje się kolej, energetyka nie widziała inwestycji od dwudziestu lat, nie liczą się w świecie polskie uczelnie, nie ma już armii - bo zawodowa nie powstała, a pobór powszechny został zlikwidowany.

Tylko dekoracje

Gdy wszystko czerwona zeżarła już pleśń…

Demograficznie Polska znika z mapy Europy: mamy najniższy wskaźnik dzietności - przeciętnie Polka rodzi 1,4 dziecka. Dodatkowo sytuację pogarsza emigracja. W ostatnich latach wyjechało z Polski na stałe milion osób, drugi milion spędza po kilka miesięcy za granicą i zapewne w końcu zakotwiczy tam. Do końca wieku problem Polski rozwiąże się sam. Zostanie nas pięciomilionowa grupa etniczna mówiąca własnym językiem, jak jacyś Serbołużyczanie. I, jak Serbołużyczanie, będziemy mieli swoje dwujęzyczne nazwy miejscowości tudzież godzinę języka ojczystego w szkole. Jednocześnie emigracja odsłania dziwne prawidłowości. Polki w Anglii rodzą dwukrotnie więcej dzieci niż w kraju. Więc to nie lenistwo tylko brak prorodzinnej polityki państwa, niepewność jutra.

Janusz Sanocki na konferencji Ruchu Obywatelskiego Jednomandatowe Okręgi Wyborcze w Poznaniu, w lipcu 2005 roku.

Ekonomia państwa trzyma się na dofinansowaniu z Unii (400 mld za 4 lata), zaciąganiu długów (300 mld za 4 lata) i transferze zarobków z zagranicy (ok. 400 mld za 4 lata). A te źródła właśnie zamierzają wyschnąć. Rząd Tuska i Platformy, który przez ostatnie 4 lata nie robił nic, teraz pod wpływem nagle pogarszającej się sytuacji przystąpił do bardzo połowicznych reform. Sięgnął do kieszeni pacjentów, tworząc nową listę leków refundowanych i podnosząc średnie ceny. Przy okazji, chcąc przerzucić część kosztów na lekarzy i aptekarzy, rządzący wprowadzili drastyczne kary za - nawet drobne - pomyłki przy wypisywaniu recept i ich realizacji. Wywołało to zrozumiały opór społeczny i pokazało skalę niekompetencji i złej woli rządzących Polską pseudoliberałów.

Sytuację pogarsza gigantyczny rozrost biurokracji - uniemożliwiającej sprawne rządzenie, a także wszechogarniająca korupcja. Koncerny przekupują decydentów, po to, by potem odbić sobie to na cenach leków, dostaw dla wojska, cenach budowanych dróg.

Na skutek korupcji i niesprawnego rządzenia polskie autostrady są droższe kilkakrotnie od tych budowanych w Niemczech. Dlatego właśnie rząd nie jest w stanie ich w odpowiednim tempie budować. Kompromitacją zakończą się mistrzostwa Europy w piłce nożnej, na które nie będzie jak dowieźć kibiców.

Sytuację w ostatnich latach ratowały dotacje z budżetu Unii Europejskiej oceniane na 400 mld zł, transfer zarobków świeżo upieczonych emigrantów przekazujących pieniądze do Polski (ok. 400 mld) i zaciągnięte przez rząd Tuska pożyczki w kwocie ok. 300 mld - razem ponad 1,1 bln zł. Ten gigantyczny zastrzyk pieniędzy został w dużym stopniu zmarnowany, roztrwoniony albo w ramach korupcyjnego układu rozkradziony. Zasilił jednak konsumpcję wewnętrzną i dlatego Polacy nie czują zagrożenia i są zadowoleni z obecnej sytuacji.

Mamy oto sytuację podobną do tej z XVII i XVIII wieku, kiedy w Polsce występował dobrobyt bez bogactwa. Szlachta żyła nad stan, nie inwestując w stan kraju, w armię, w drogi, w sprawne państwo.

Eksploatowała chwilowo dobrą koniunkturę na zboże, a kiedy ta się skończyła, Polska okazała się państwem żenująco słabym w stosunku do sąsiadów, którzy nie zmarnowali czasu. Dalszy ciąg historii znamy - nastąpiły zabory, bo nikt nie może tolerować w tym miejscu Europy jakiegoś dziadostwa, które nie potrafi wybudować dróg, zapewnić bezpieczeństwa i postępu. I które w dodatku nie potrafi się obronić, bo liczy, że jakoś to będzie. (Przecież jeszcze tak nie było, żeby jakoś tam nie było!)

Państwo klik

Paweł Soloch - ekspert Instytutu Sobieskiego - opisuje na łamach "Rzeczpospolitej" anomalie systemu tzw. "mundurowych emerytur", które - przypomnijmy - wypłacane są wprost z budżetu.

Sytuacja, w której państwo nie tworzy dla zatrudnionych przez siebie funkcjonariuszy zabezpieczeń emerytalnych w postaci funduszy opartych na systematycznie pobieranych  składkach od wynagrodzeń, jest anachronizmem nie znanym w wysoko rozwiniętych krajach. W przypadku Polski przypomina to bardziej czasy przedindustrialne i bliższe jest systemowi feudalnemu, kiedy to suweren utrzymywał aparat bezpieczeństwa bezpośrednio z pieniędzy ściąganych od swoich poddanych.

I dalej:

Dzisiaj na około 250 tysięcy funkcjonariuszy czynnych w służbie mundurowej przypada około 350 tysięcy emerytów, a całkowita wysokość wypłacanych z budżetu państwa emerytur wynosi ponad 12 mld złotych. Prawo do świadczeń emerytalnych funkcjonariusz nabywa po 15 latach służby. Wtedy mogą być one wypłacane w wysokości 40% podstawy ich wymiaru, wzrastają za każdy dodatkowy rok tej służby o 2,6% i nie mogą przekroczyć 75% podstawy jej naliczania.

Ponieważ emeryturę zawodowy wojskowy, czy policjant, otrzymuje naliczaną w stosunku do ostatniej wypłaty, stałą praktyką jest dokonywanie sztucznych awansów na miesiąc przed odejściem na emeryturę.

Np. awans na wyższy stopień oficerski i przeniesienie na kierownicze stanowisko z posterunku do komendy wojewódzkiej lub komendy głównej albo ministerstwa może oznaczać wzrost uposażenia o parę tysięcy złotych, a co za tym idzie wzrost wysokości emerytury o 75-80% uzyskanej podwyżki. Taki system sprzyja w oczywisty sposób postawom serwilistycznym wobec zwierzchników i brakowi reakcji na pojawiające się w służbie patologie, o ile mogłoby to pociągnąć za sobą ryzyko konfrontacji z tzw. "układem", decydującym (praktycznie do ostatniego miesiąca służby) o ewentualnej podwyżce emerytury.

Punktem odniesienia staje się nie tyle misja i służba państwu, co utrzymanie możliwie dobrych relacji z bezpośrednimi przełożonymi. W ten sposób o wysokości emerytury funkcjonariusza decyduje nie tyle przebieg całej służby, lecz opinia i dobra wola ostatniego przełożonego. System sprzyja pogłębianiu biurokratyzacji służb. Komendy powiatowe, wojewódzkie, główne oraz ministerstwa są miejscami, w których, dzięki bezpośrednim kontaktom z decydentami, najłatwiej o podwyżki. W naturalny sposób sprzyja to dążeniu wielu funkcjonariuszy do szukania pracy właśnie tam i wykonywaniu czynności czysto urzędniczych, często na sztucznie tworzonych w tym celu stanowiskach, w niewielkim tylko stopniu związanych z misją służby - pisze autor.

Gorszo-lepsza wersja PRL

To tylko wierzchołek „góry lodowej”. Polska – jak długa i szeroka – przedstawia obraz państwa, w które liczne sitwy, zawodowe koterie, rodzinno-towarzyskie klany zagwarantowały sobie przywileje zupełnie im nienależne, nieznane w normalnym, cywilizowanym państwie. W III RP jest ok. 400 limitowanych zawodów – kilkakrotnie więcej niż w innych, najbardziej zbiurokratyzowanych państwach. Szczególnym przykładem jest tzw. „wymiar sprawiedliwości”, całkowicie wyjęty spod jakiejkolwiek kontroli społecznej czy nawet zewnętrznej i oddany w ręce koterii rodzinno-zawodowej prawników. W nowożytnej historii jest to zjawisko bez odpowiednika. Nigdzie indziej władza publiczna nie została w takim stopniu sprywatyzowana co w III RP.

W rezultacie tych patologii ustrojowych mamy sytuację pod wieloma względami gorszą niż w PRL. W PRL istniała – przynajmniej formalnie – niezależna od poszczególnych organów administracji siła polityczna, nadzorująca i kontrolująca działalność administracji, sądów, adwokatury.

Była to partia komunistyczna. Mankamenty jej władzy i stojącej u jej podstaw ideologii znamy: przemoc, fałszywe założenia gospodarcze, centralne planowanie, podporządkowanie ZSRR. Jednak - toutes proportions gardées - był jakiś ośrodek narzucający kierunek marszu, budujący jakieś plany i dbający - niewątpliwie w sposób ułomny - o interes państwa polskiego - tak jak na to pozwalała ideologia. Jednak w miarę jak ideologia okazywała się fałszem i utopią, władza zwierzchnia PZPR zaczynała ciążyć poszczególnym grupom zawodowym.

Bynajmniej nie z tego powodu, że była to władza narzucona, że PRL nie miała suwerenności. Bardziej z powodów materialnych - lekarze, socjalistyczni menedżerowie, ale także sędziowie, prokuratorzy i funkcjonariusze SB widzieli na jakim poziomie żyją ich odpowiednicy w krajach kapitalistycznych i komunizm zaczynał im ciążyć nie ze względu na swoją niesprawiedliwości i nieludzkość, ale dlatego, że nie dawał dostatecznie kasy. Co mógł ukraść dyrektor socjalistycznej fabryki? Talon na trabanta! Ile zarabiał sędzia czy funkcjonariusz bezpieki? 100-200 dolarów. Gdzie mógł jechać na wczasy? Do Bułgarii. A jaki dyskomfort - tłuc opozycjonistów, skazywać niewinnych.

PRL i ZSRR nie zawaliły się bynajmniej na skutek strajków „Solidarności”. Komunistyczne szyldy zostały sprytnie zwinięte w momencie, kiedy dzieci komunistycznej nomenklatury zostały przeszkolone w USA na tamtejszych uniwersytetach, a czerwoni bossowie zostali przekonani, że w ramach "transformacji" zostaną właścicielami całego tego burdelu.

Jedynym kosztem, jaki musieli ponieść, to zgoda na fasadową demokrację, która przecież niczym im nie grozi. Zlikwidowano więc partię komunistyczną, odcięto się od ideologii wraz z jej atrybutami, zlikwidowano jakikolwiek ośrodek politycznej władzy zdolny dbać o dobro wspólne Polaków.

W taki oto sposób wylądowaliśmy w lepszo-gorszej wersji PRL. Nikt nam, opozycjonistom tu nie powyrywa paznokci - bo i po co? Elita władzy została zabezpieczona materialnie przez uwłaszczenie nomenklatury, politycznie - przez partyjną ordynację wyborczą, która uniemożliwia przejęcie władzy przez naród, i prawnie - przed odpowiedzialnością za zbrodnie i przekręty transformacji, poprzez oddanie sądów "swoim" i ich dzieciom.

Mamy więc lepiej - bo raz na 4 lata idziemy głosować; chociaż w istocie to nie są wybory, tylko głosowanie na zatwierdzone wcześniej listy. W odróżnieniu od PRL mamy tych list 4, a nie jedną - wiodącej partii, i to wywołuje złudzenie możliwości wyboru. Ale przecież żadna z oficjalnie działających partii nie zagrozi systemowi. Ba, analitycy zastanawiają się gdzie leży w Polsce ośrodek władzy, bo wobec słabości państwa i jego struktur na pewno nie w Sejmie i w oficjalnych instytucjach. Mamy więc oto demokrację fasadową, gdzie prawdziwa władza sprawowana jest poza społeczną kontrolą, za to z użyciem procedur pseudowyborczych czy pseudosądowych, będących pustym rytuałem.

Jednocześnie nie ma już drastycznych represji wobec opozycjonistów, zastąpiono je represjami łagodnymi, prawie niezauważalnymi, dokonywanymi pod pozorami procedur sądowych, nadużywania kodeksu cywilnego, przy jawnej stronniczości sądów.

Sądy skazują wrogów systemu za „naruszenie dóbr osobistych, niezależne gazety (nieliczne) płacą z tego tytułu horrendalne odszkodowania, albo wręcz ich dziennikarze ciągani są latami po korytarzach sądowych w błahych sprawach.

Ludzi niewygodnych, mogących zagrozić "układowi”, ośmiesza i niszczy publicznie zastęp płatnych i "szczujnych" dziennikarzy, wysoko opłacanych i będących na służbie „u władzy”. Tak więc system zrezygnował z jawnych, fizycznych represji zastępując je łagodnymi, trudniej zauważalnymi dla opinii publicznej, ale nie mniej skutecznymi.

I to jest pewien postęp w stosunku do PRL. Jakaś ograniczona wolność jednak została tu zaprowadzona. Można wydać ulotkę, można napisać komentarz w internecie, ale już wydawanie lokalnego tygodnika krytycznie patrzącego władzy na ręce będzie spotykało się ze stałym atakiem na dziennikarzy. Sądy będą nękać każdego, kto naruszy zasady. Można też kandydować do samorządu, ale wyposażone w pieniądze i korzystające z ochrony systemu grupy interesów skutecznie blokują doń dostęp.
Zatem, biorąc pod uwagę dbałość o dobro wspólne, państwo polskie utraciło w istocie kierownictwo.

Jeszcze nam pożyczają

Fasadowa (ale za to dobrze opłacana) klasa polityczna, wspierana przez dyspozycyjnych (równie świetnie opłacanych) dziennikarzy, zajęła miejsce PZPR, ale odrzucając ideologię odrzuciła jednocześnie obowiązek politycznego kierowania państwem. Tak jest wygodniej – zostały same przywileje bez żadnych zobowiązań.

Stad państwo polskie dryfuje bezwładnie i jest przedmiotem międzynarodowej gry, nie zaś podmiotem. Nikt też praktycznie nie zamierza dbać o interes wspólny Polaków.

Regułą i hasłem stało się rozdrapywanie wspólnego dobra, żerowanie na państwie, bez patrzenia jakie skutki nawet w najbliższej przyszłości to spowoduje. "Drzeć do siebie postaw czerwonego sukna, tak by najwięcej w rękach zostało" - tak można by określić mentalność pseudoelit politycznych na każdym szczeblu polskiego państwa w trakcie trwającej 22 lata "transformacji".

Ten duch nieodpowiedzialności i destrukcji przenosi się na doły, które zachęcone bezkarnością "góry", chętnie biorą z niej przykład; właściwie dotknął on już wszystkie grupy zawodowe i społeczne.

To szaleństwo przypomina jakiś danse macabre - makabryczny taniec - z okresów wielkich katastrof, epidemii dżumy, głodu i wojen. Ale odbywa się w warunkach ciągle jeszcze dobrej koniunktury politycznej i gospodarczej, co usypia Polaków. Wkrótce jednak nadejdzie bolesne obudzenie, bo zasoby właśnie się kończą. Radość ministra finansów, brytyjskiego obywatela Jacka Rostowskiego wzbudza jeszcze fakt, że Polsce udało się sprzedać kolejną transzę obligacji.

To znaczy, że znaleźli się jeszcze lichwiarze, którzy zgodzili się sfinansować kolejne eskapady zbiorowego jaśniepana, jakim jest cała "klasa polityczna" III RP. Lichwiarze zawsze chętnie pożyczali, jeśli spodziewali się, że jest co wydrzeć za długi. Jednak tylko jakiś całkowicie nieodpowiedzialny człowiek może widzieć sukces w tym, że musi pożyczać pieniądze. Że przez 22 lata musi te pożyczki zaciągać rok w rok, nie licząc tego, że pozostałe długi spłaca rodowymi srebrami wyprzedawanymi w lombardach. Zaiste wielki to powód do chwały!

Janusz Sanocki

Janusz SANOCKI (ur. 1954) - dziennikarz, polityk, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, samorządowiec, były burmistrz Nysy, uczestnik Ruchu Obywatelskiego Jednomandatowe Okręgi Wyborcze, autor książki "WoJOWnicy" (2005). 21 sierpnia 2008 rozpoczął protest głodowy przeciwko bezprawiu sądów, prokuratury i policji, głodował 14 dni. Obecnie prowadzi akcję społeczną skupiającą stowarzyszenia obywateli walczących z bezprawiem sądów i prokuratur w komitety referendalne zmierzające do zmian ustrojowych w Polsce - 3 postulaty: kadencyjność sędziów i prokuratorów wybieranych przez obywateli, wprowadzenie 460 jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu, system prezydencki.

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież