Thursday, Sep 21st

Last update07:01:47 AM GMT

RSS
You are here Koszalin Publicystyka Państwo bez obywateli

Państwo bez obywateli

Email Drukuj PDF
Państwo bez obywateli
Państwo bez obywateli
Państwo bez obywateli

W Koszalinie w wyborach do rad osiedli uczestniczyło mniej niż dwa procent wyborców. Nikogo ten fakt specjalnie nie zdziwił. Komentatorzy nie dostrzegają związków między wyborami do rady osiedla "Jedliny" a aferą Rywina. A powinni.

W Polsce rada osiedla, tak jak rada sołecka czy dzielnicowa, jest najniższym szczeblem samorządu terytorialnego. Na pierwszy rzut oka kompetencje rad nie są duże - urzędnicy zwracają się z prośbą o opinię przy wydawaniu decyzji dotyczących mieszkańców osiedla, np. koncesji na alkohol, lokalizacji posterunków policji czy ośrodków kultury. Opinie rady nie są dla urzędników wiążące i tylko od ich dobrej woli zależy, czy je uwzględnią. Radni osiedlowi mogą też składać wnioski w sprawie różnych usprawnień na swoim terenie - budowy placu zabaw, usytuowania parkingu, postoju taksówek, czy zainstalowania dodatkowego oświetlenia. Wbrew pozorom jednak, rola rady wcale nie jest błaha. Mieszkańcy mogą się tutaj organizować, tworzyć grupę nacisku, decydować o przeznaczeniu przyznanych przez gminę pieniędzy, rozstrzygać lokalne problemy. Słowem, rada osiedla jest małą szkołą demokracji, miejscem "pracy u podstaw" oraz naturalną bazą wyłaniania lokalnych liderów. Stąd właśnie, a nie z partii politycznych, powinni rekrutować się kandydaci do wyższego szczebla samorządu.

Tymczasem w Koszalinie w wyborach do rad osiedli w kwietniu 2003 roku uczestniczyło 1,9 procent wyborców. Zdarzało się, że w osiedlu zamieszkałym przez 8,5 tys. uprawnionych do głosowania, w zebraniu uczestniczyło 70 osób. Nie dziwi więc, że wśród wybranych znaleźli się urzędnicy miejscy i ich rodziny. Ci jak raz rozumieją i doceniają znaczenie rad osiedli. W osiedlach położonych na terenie spółdzielni mieszkaniowych wygrywali tak zwani "starzy działacze", od lat związani z układem i interesami spółdzielni, nie zawsze zbieżnymi z interesami mieszkańców. W tej sytuacji bardzo niska frekwencja w wyborach do rady miejskiej w 2002 roku, około 36 procent, może uchodzić za rekordową. Te wszystkie fakty zebrane razem, świadczą o głębokim kryzysie polskiej demokracji i samorządności.

Zadbać o siebie

Nikt już nie ma wątpliwości, że w III Rzeczypospolitej nie udało się zbudować społeczeństwa obywatelskiego. Nie da się go zresztą zbudować odgórnie. W Polsce, mającej bogatą tradycję obywatelską, takie społeczeństwo rodziło się i formowało oddolnie, wokół szczegółowych postulatów poprawy życia codziennego, które zawsze łączyły się z ogólnym postulatem naprawy państwa. Źródłem tych działań była społeczna wrażliwość, która pozwalała nazwać bolączki i wytworzyć pragnienie ich naprawy. Tymczasem z badań CBOS przeprowadzonych w styczniu 2004 r. (za "Rzeczpospolitą") wynika, że owa "społeczna wrażliwość" zmniejsza się z roku na rok. W Polsce przybywa osób, które uważają, że należy bardziej koncentrować się na walce o swoje sprawy, nie zważając na innych. Dziś uważa tak 35 proc. ankietowanych, podczas gdy dwa lata wcześniej - 30 proc. Co prawda większość nadal uważa, że trzeba być bardziej wrażliwym i gotowym do pomocy innym (56 proc.), ale odsetek takich osób systematycznie się zmniejsza (dwa lata wcześniej - 61 proc. ankietowanych). Przeważnie jednak za "deklaracją wrażliwości" nie idą żadne czyny. Według raportu "Diagnoza społeczna 2003" tylko 123 proc. obywateli należy do jakiejkolwiek organizacji społecznej. W województwie zachodniopomorskim ten wska1nik jest najniższy w Polsce - 8,2 proc. "Odwracamy się od państwa, ale wcale nie w stronę silnego społeczeństwa obywatelskiego. Dbamy przede wszystkim o własne interesy" - komentuje prof. Antoni Sułek. Czy można zatem zbudować społeczeństwo obywatelskie bez obywateli?

Sołtys z Biesowa

W Polsce wciąż można znaleźć znakomite przykłady obywatelskiego działania. Niedawno głośnym echem odbiła się działalność sołtysa warmińskiej wsi Biesowo. Wcześniej wybory sołtysa polegały na "wrabianiu" kolejnych delikwentów. Kiedy jednak "wrobiono" Janusza Radziszewskiego, mechanika samochodowego z zawodu, wieś w ciągu kilku następnych lat zmieniła się nie do poznania. Dziś przyjeżdżają tutaj turyści i grupki ciekawskich, nawet z zagranicy. Mieszkańcy naprawili most, uregulowali rzekę, zrobili park, plażę i stadion, ławki, tablice, drogowskazy i rzeźby z drewna, odnowili świetlicę, mają stronę internetową, nowe chodniki i podświetlany nocą kościół. Okazuje się przy tym, że wymiar materialny wspólnych działań wcale nie jest najważniejszy. Wspólna praca dla dobra ogółu wytwarza silniejsze więzy. "Ludzie są zgrani. Cieszy mnie, że pracujemy wspólnie. Młodzież się włączyła, a dzieci nie pozwalają nawet papierka na skwerku rzucić" - mówi sołtys. Tajemnica sukcesu? "Janusz to człowiek, który ma marzenia i potrafi nauczyć marzeń innych" - mówi o sołtysie jeden z mieszkańców wsi.

Licz na siebie

Z pozoru więc recepta na polskie bolączki jest prosta - szukać lokalnych liderów, organizować się, rozwijać społeczeństwo obywatelskie. Tym śladem podąża socjolog Jacek Kochanowski, który proponuje "wielką społeczną ofensywę na rzecz działań lokalnych" oraz "przekucie społecznej frustracji na społeczną aktywność". Scenariusz jest prosty - obywatele "wkurzeni cwaniactwem i niekompetencją klasy politycznej, wezmą sprawy w swoje ręce", nie oglądając się na polityków. "Albo będziemy się łudzili, że istnieje partia polityczna, która potrafi zaproponować całościowy, kompetentny, odpowiedzialny program rządzenia państwem, w związku z czym będziemy przeżywali kolejne rozczarowania i depresje, albo przestaniemy wreszcie liczyć na kogokolwiek poza nami samymi". Powszechny pęd do samoorganizacji i samorządności ma być szansą na wyrwanie się z zaklętego kręgu niemocy. "Umiesz liczyć? Licz na siebie!" - pisze J. Kochanowski. Najwyraźniej nie docenia polityków.

Więcej partii niż stowarzyszeń

Stan społeczeństwa obywatelskiego wyraża się przede wszystkim tym, że ludzie wstępują do organizacji, stowarzyszeń, komitetów czy innych związków społecznych. Jednak w Koszalinie łatwiej wymienić nazwy kilkunastu partii i partyjek niż takich organizacji. Nie chodzi o przeciwstawienie jednych drugim, ale o zrozumienie, że o ile partie są podstawą ładu politycznego państwa, o tyle stowarzyszenia są podstawą ładu obywatelskiego i samorządności. Są miejscem wyrażania, "ucierania się" i realizowania interesów różnych grup. To tutaj ludzie uczą się wzajemnego zaufania i umiejętności wspólnego działania, tutaj też chronią się przed nadmierną ingerencją państwa i znajdują niezbędną przestrzeń wolności. Jednak to tylko teoria, zupełnie inaczej wygląda sprawa w praktyce. "Stowarzyszenia, stawiające sobie ambitne cele społeczne, czy wcześniej czy później wpadną w ręce polityków" - uważa jeden z koszalińskich samorządowców. Bo polityka zdominowała polskie życie publiczne.

Kryzys społeczeństwa

Wielki zryw na rzecz obywatelskiej aktywności jest mrzonką. Polski kryzys społeczny jest wynikiem kryzysu państwa. Socjologowie mówią o systemie demokracji minimalnej lub fasadowej, w której udział obywateli w procesie rządzenia sprowadza się do udziału w wyborach. "Wybory jeszcze się odbywają. Głosy zapewne liczone są skrupulatnie, ale już wybrańcy zachowują się tak, jakby prawo w Polsce nie zawszę musiało obowiązywać" - pisze socjolog Paweł Śpiewak. Już następnego dnia po wyborach, sprawy publiczne żeglują w kierunku modelu oligarchicznego, dostępnego tylko dla "towarzystwa" czyli wyodrębnionego, elitarnego kręgu polityczno-gospodarczego, którego uczestnicy są powiązani ze sobą niciami zależności towarzyskich, służbowych i rodzinnych. Klasa polityczna oderwała się od społeczeństwa. "Pojedzie polityk, porozmawia z politykiem, poklepią się po plecach, zapewnią o przyjaźni i uważają, że prowadzą dialog" - mówi prof. Zdzisław Krasnodębski. W każdym mieście i w każdej gminie można znaleźć lokalnych Rywinów. Tutejsze "towarzystwo", "grupa trzymająca władzę", wykorzystuje demokrację do osiągnięcia zgoła niedemokratycznych celów. Nie dbają o dobro lokalnych społeczności, ale o dobro własne i "towarzystwa".

Milczenie niezależnych

Kręgi i grupy społeczne, które podejmują trud niezależnej działalności i rozwijają ideę społeczeństwa obywatelskiego, są dzisiaj z góry skazane na porażkę. Strach przed utratą pracy czy wyłamaniem się z kręgu politycznej poprawności, paraliżuje nawet tych, którzy potrafili kiedyś przeciwstawić się cenzurze i tajnej policji. "Milczą kręgi uniwersyteckie - pisze socjolog Ireneusz Krzemiński. - Milczą intelektualiści różnego kalibru, chociaż ta naukowo-intelektualna czołówka inteligencji była niedawno jeszcze zaczynem społecznego, obywatelskiego przebudzenia. Milczą zresztą środowiska inteligenckie i rozmaite towarzystwa, od zawodowych po regionalne, które tak często organizowały opinię publiczną i były jej wyrazicielem w ważnych kwestiach". Rozpleniony system partyjny, generujący podziały oraz różnice polityczne i ideowe, rozbił poczucie wspólnoty między ludźmi tworzącymi kiedyś rozległą sferę obywatelskiego zaangażowania. Pogoń za osobistym sukcesem "odspołeczniła" nawet niedawnych społeczników.

Uspołecznić państwo

Jeszcze niedawno Polska inicjowała przemiany w Europie. W okresie "Solidarności" była liderem duchowym i intelektualnym Europy Środkowej. Wówczas to na Zachodzie pojawiło się zainteresowanie polską tradycją, w tym także republikańską (samorządową). Gorącym zwolennikiem tej tradycji był przed wojną prof. Feliks Koneczny. Akcentował pierwszeństwo wspólnoty i osób ją stanowiących przed instytucjami życia publicznego. Według Konecznego sukcesem polskiej historii jest uspołecznienie państwa. Przywołując przykłady z naszych dziejów, udowadniał, że ograniczenie wpływu szerszych kręgów społecznych (chłopi, mieszczanie, drobna szlachta) na państwo, powodowało ich zobojętnienie względem życia publicznego i stało się jednym ze znaczących czynników upadku państwa. Proponował model państwa wytworzonego przez społeczeństwo, w opozycji do modelu państwa społeczeństwu narzuconego. Ale samorządowa struktura państwa opiera się na aktywności obywatelskiej. Jak zatem zwiększyć udział obywateli w rządzeniu? Wszystko zależy od... polityków, którzy muszą pójść w kierunku samoograniczenia swoich kompetencji i rezygnacji z części przywilejów. Mało prawdopodobne, że uczynią to z własnej woli. Jeśli jednak nie dokonają zmian ustrojowych, to ludzie rozczarowani demokracją w polskim wydaniu przestaną chodzić na wybory, a wówczas politycy utracą legitymację do rządzenia. Koło się zamyka. I w tym sensie jest coś optymistycznego w ostatnich wyborach do rad osiedli. Możliwe, że jest to sygnał: nie możecie dalej rządzić bez nas, państwo bez obywateli nie istnieje.

Tadeusz Rogowski

Foto 1. Nie kompetencje rad osiedli są ich największym atutem, ale wspólna praca na rzecz swojego środowiska, która integruje ludzi i tworzy więzi lokalne.
Foto 2. Janusz Radziszewski, sołtys Biesowa (w środku).
Foto 3. Jednym z nielicznych przykładów pożytecznej działalności obywatelskiej w Polsce jest akcja na rzecz ratowania zabytków prowadzona przez Obywatelski Komitet Ratowania Krakowa.

Artykuł ukazał się w 2004 roku w "Gościu Niedzielnym".

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież