Sunday, Nov 19th

Last update10:53:45 PM GMT

RSS
You are here JOW Publicystyka Dlaczego Kukiz

Dlaczego Kukiz

Email Drukuj PDF
P.Kukiz

10 maja zagłosuję na Pawła Kukiza. Wyjaśniam, dlaczego.

Od kilku lat Paweł Kukiz promuje jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW). Chodzi mu o to, aby w wyborach do Sejmu JOW-y zastąpiły obowiązujący obecnie proporcjonalny system wyborczy. O zaletach JOW-ów i o wadach systemu proporcjonalnego pisałem już niejednokrotnie, pisało już na ten temat wielu innych autorów (na przykład artykuł przewodniczącego ruchu JOW Wojciecha Kaźmierczaka; jeden z moich artykułów). Tu ograniczę się do przypomnienia w wielkim skrócie trzech mechanizmów, za pośrednictwem których system proporcjonalny prowadzi do wynaturzenia władzy państwowej w Polsce.

Posłowie uzależnieni od przywódców: System proporcjonalny powoduje, że posłowie są uzależnieni od szefów partyjnych bardziej niż od wyborców. Wynika to z tego, że ten system wyborczy oparty jest na listach kandydatów układanych przez władze partyjne, a szanse posła na ponowny wybór zależą w większym stopniu od jego miejsca na liście niż od woli wyborców.

Takie uzależnienie jest szkodliwe w przypadku wszystkich posłów, ale jego siła niszcząca jest szczególnie duża w przypadku posłów należących do większości rządzącej. Wynika to z tego, że szefami partyjnymi tych posłów są osoby zasiadające w rządzie, skutkiem czego powstaje błędne koło: posłowie ci kontrolują rząd, decydują o jego budżecie i o uchwalaniu ustaw na jego wniosek, a jednocześnie starają się za wszelką cenę przypodobać rządowi. A powinno przecież być inaczej: kontrolując rząd, uchwalając budżet i ustawy, posłowie powinni starać się działać w sposób, który uzyska aprobatę wyborców, a niekoniecznie rządu.

Przypadkowi posłowie: Proporcjonalny system wyborczy powoduje, że do Sejmu trafiają bardzo często osoby przypadkowe, prawie całkowicie nieznane wyborcom lub wręcz nielubiane przez zdecydowaną większość wyborców, osoby, których główną zaletą jest wierność wobec władz którejś z partii. Oto przykład. Gdy kilka miesięcy temu Donald Tusk został przewodniczącym Rady Europejskiej, jego mandat poselski objęła Ewa Czeszejko-Sochacka.

W trakcie kampanii wyborczej w roku 2011 pani Czeszejko-Sochacka porysowała gwoździem samochód sąsiada, co zostało nagrane przez monitoring video. Tuż przed wyborami pisała o tym prasa, nasza niezbyt mądra bohaterka była publicznie wyśmiewana, a zapis z monitoringu był hitem internetu. Skompromitowana kandydatka uzyskała w wyborach 2466 głosów, czyli 0,24% głosów w okręgu. Jest to wynik słaby (co w tych okolicznościach nie dziwi): w warszawskim okręgu wyborczym wybiera się 20 posłów, a więc jeden poseł przypada na każde pięć procent oddanych tam głosów; pani Czeszejko-Sochacka dostała 20 razy mniej, niż te 5%.

Przy obowiązującym u nas systemie wyborczym ten słaby wynik wystarczył, by kandydatka mogła objąć mandat poselski po Donaldzie Tusku.

Opisywana tu sytuacja jest ekstremalna: nieczęsto się zdarza, aby kandydat do Sejmu używał gwoździa przeciwko samochodowi sąsiada w czasie kampanii wyborczej i dał się przy tym nagrać. Ale problem osób, które zostają posłami pomimo tego, że wśród wyborców mało kto ich popiera, jest bardzo poważny. Spośród 20 posłów wybranych z warszawskiego okręgu wyborczego, 14 uzyskało poparcie mniej niż 0,9% wyborców, a więc poparcie niskie, podobnego rzędu wielkości, jak to uzyskane przez Ewę Czeszejko-Sochacką. Oznacza to, że dwie trzecie warszawskich posłów, to osoby o bardzo małym poparciu wśród wyborców (o tym szerzej piszę tu).

Skład rządu nie wynika bezpośrednio z woli wyborców: W systemie proporcjonalnym z reguły żadna partia nie uzyskuje w parlamencie większości, która umożliwiałaby jej samodzielne utworzenie rządu. W tej sytuacji skład i program rządu budowane są w drodze międzypartyjnych negocjacji, już po wyborach. Nie ma bezpośredniego związku między wynikiem wyborów a składem i programem rządu.

W Polsce oderwanie składu rządu od wyników wyborów było szczególnie widoczne w roku 2005, kiedy wicepremierami zostali Roman Giertych i Andrzej Lepper, mimo że zdecydowana większość wyborców ani tych panów nie popierała, ani nawet, głosując, nie brała pod uwagę możliwości, że mogą oni wejść w skład rządu.

Od roku 2007 do dziś wicepremierem odpowiedzialnym za gospodarkę, a więc najważniejszym z wicepremierów, jest przywódca PSL (do roku 2012 był to Waldemar Pawlak, obecnie jest to Janusz Piechociński). PSL rządzi polską gospodarką pomimo tego, że partia ta nie została w żaden sposób wybrana do tego przez obywateli: PSL ma wśród wyborców poparcie poniżej 9% - dla porównania, Andrzej Lepper w roku 2005 został wicepremierem dzięki poparciu dla Samoobrony wynoszącemu 11%.

Kandydat monotematyczny - to źle czy dobrze?

Paweł Kukiz buduje swoją kandydaturę na krytyce zawłaszczania Polski przez polityków, używa wyrażenia wampiryzm partii politycznych. Ale za tą daleko idącą krytyką idzie tylko jedna naprawdę istotna propozycja konstruktywna. Jest to właśnie propozycja wprowadzenia JOW-ów w wyborach do Sejmu.

Czy ma sens głosowanie na kandydata, który w swym programie wyborczym ma tylko jedną ważną konstruktywną propozycję?

W przypadku Kukiza jak najbardziej ma to sens. Przede wszystkim dlatego, że Kukiz jest kandydatem na prezydenta, a nie na premiera, na senatora czy na posła na Sejm. A z Konstytucji wynika, że prezydent ani nie ma władzy ustawodawczej (tę władzę mają Sejm i Senat), ani nie prowadzi polityki państwa (to jest domena Rady Ministrów). Prezydent ma specyficzne zadania, opisane w art. 126 Konstytucji, w szczególności "czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji".

Nasza Konstytucja opiera się na demokracji jako podstawowej wartości (jest to zapisane w jej art. 2). Dlatego w sytuacji, w której aktualnie obowiązujący system wyborczy skutkuje złym funkcjonowaniem mechanizmów demokratycznych, doprowadzenie do zmiany tego systemu należy do zadań prezydenta - na tym właśnie powinno polegać czuwanie nad przestrzeganiem Konstytucji. Paweł Kukiz ma w pełni rację, gdy powtarza, że celem jego kandydatury na prezydenta jest doprowadzenie do głębokiej reformy systemu wyborczego, tak aby mechanizmy demokratyczne zaczęły działać lepiej. I ma również rację, gdy jako kandydat na prezydenta nie proponuje wielu innych reform, które należą do sfery działania rządu, Sejmu i Senatu.

Kukiz zachowuje się, z tego punktu widzenia, w sposób dużo właściwszy niż dwaj główni kandydaci, którzy mają rozbudowane programy, ale nawet nie próbują nas przekonać, że jest jakiś związek między tymi programami a urzędem prezydenta. Dodajmy, że ci kandydaci również nie wyjaśniają, w jaki sposób ich programy mają zostać sfinansowane; niewątpliwie najgorszy, wręcz niebezpieczny dla przyszłości naszego kraju, jest tu Andrzej Duda, który obiecuje obniżenie wieku emerytalnego, mimo że z góry wiadomo, iż finanse państwa czegoś takiego nie wytrzymają.

Drugim, jeszcze ważniejszym argumentem na rzecz Kukiza jest znaczenie reformy, jaką on proponuje. Radykalna reforma systemu wyborczego jest Polsce bardzo potrzebna, gdyż tylko ona może położyć kres patologiom, jakie mają miejsce w Sejmie — a Sejm jest najważniejszym ogranem władzy w Polsce. Przecież właśnie Sejm uchwala budżet, zatwierdza skład rządu i kontroluje rząd. Właśnie Sejm uchwala ustawy, a w drodze ustawy regulowane jest funkcjonowanie samorządu miejscowego, sądów i wszystkich innych organów władzy w Polsce. Dlatego uzdrowienie Sejmu jest drogą do rozwiązania najróżniejszych problemów i do zlikwidowania rozmaitych patologii, jakie istnieją we wszelkich polskich organach władzy.

Radykalna reforma systemu wyborczego spotyka się z silnym oporem ze strony wszystkich partii politycznych, jakie uczestniczą w obecnym systemie władzy (wyjątkiem jest tu Polska Razem Jarosława Gowina, ale partia ta ma mały wpływ na sprawy publiczne). Co prawda w latach 2004-2005 reforma ta była sztandarowym punktem programu Platformy Obywatelskiej, ale dziś już nie figuruje w programie tej partii. Paweł Kukiz twierdzi, że osoby wysoko postawione w Platformie Obywatelskiej powiedziały mu na ten temat: "rozmyśliliśmy się"; warto zanotować, że Kukiz popierał Platformę Obywatelską w latach 2004-2005, a obecnie jest do tej partii nastawiony negatywnie.

Wrogość do JOW-ów ze strony zawodowych działaczy partyjnych wynika z tego, że projekt ten jest skrajnie niekorzystny dla zdecydowanej większości z nich. Jest niekorzystny dla przywódców partii, gdyż zrywa wspomniane wyżej patologiczne uzależnienie szeregowych posłów od tych przywódców. Jest niekorzystny dla obecnych posłów, gdyż według wszelkiego prawdopodobieństwa spowoduje, że w ich miejsce inne osoby będą w przyszłości wybierane na posłów.

Podsumowując, JOW-y są projektem bardzo istotnym dla państwa polskiego i bardzo nam wszystkim potrzebnym, ale nie możemy liczyć na to, że zostaną one wprowadzone przez partie należące do obecnego systemu władzy. W tej sytuacji poparcie dla kandydata antysystemowego, dla którego projekt reformy jest głównym motywem do kandydowania, stanowi jedyny chyba sposób na to, aby JOW-om dać szansę na realizację. Właśnie dlatego wybieram Kukiza, nie przywiązując zasadniczej wagi do tego, jakie propozycje (lub jaki brak propozycji) ma ten kandydat w innych sprawach.

O takich, co się nie nadają na prezydenta

Czy Paweł Kukiz nadaje się na prezydenta? Czy ma wiedzę, doświadczenie i uczciwość, jakie prezydent mieć powinien?

Wiele wskazuje na to, że Kukiz jest uczciwy. Odnoszę subiektywne wrażenie, że jest on bardziej szczery niż pozostali kandydaci w tych wyborach. Ale to nie wystarczy. Niedostatek doświadczenia i wiedzy tego kandydata jest na tyle poważny, że można by wątpić w sens głosowania na Kukiza w wyborach prezydenckich... można by, gdyby nie to, że jego konkurenci są w gruncie rzeczy gorsi. Dwaj główni kandydaci w tych wyborach - Andrzej Duda oraz urzędujący prezydent Bronisław Komorowski - dali swoje przyzwolenie na oszustwa finansowe na gigantyczną skalę.

Andrzej Duda odegrał aktywną rolę w przygotowaniu skargi, którą prezydent Lech Kaczyński wysłał do Trybunału Konstytucyjnego przeciwko ustawie z dnia 5 listopada 2009 o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych (SKOK) (artykuł Gazety Wyborczej na ten temat). Głównym przedmiotem tej ustawy było włączenie SKOK-ów do zakresu kompetencji KNF (Komisji Nadzoru Finansowego). KNF kontroluje, czy instytucje finansowe działają w sposób godny zaufania, w szczególności czy nie dochodzi tam do nadużyć.

Skarga przygotowana przez Andrzeja Dudę połączona była z odmową podpisania ustawy przez prezydenta Kaczyńskiego, co spowodowało, że wejście w życie ustawy opóźniło się o trzy lata. Przez ten trzyletni okres SKOK-i, pozbawione kontroli, prowadziły nieodpowiedzialną politykę kredytową (w niektórych kasach dochodziło do licznych oszustw), a kierownictwo kasy krajowej SKOK, na czele z politykiem PiS Grzegorzem Biereckim, tworzyło konstrukcje finansowe mające na celu ukrywanie trudności finansowych SKOK-ów. Bierecki i jego wspólnicy wyprowadzili w tym okresie z systemu SKOK 65 milionów złotych.

Niedobory finansowe SKOK-ów, według stanu znanego na dziś, wynoszą około trzech miliardów złotych, czyli pięć razy więcej, niż rozmiar oszustwa dokonanego przez Amber Gold. Niedobory te zostaną w większości pokryte z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, na który składają się wszystkie polskie banki, a więc pośrednio klienci banków, czyli my wszyscy.

Na skutek afer w SKOK-ach PiS zawiesił Grzegorza Biereckiego w prawach członka klubu parlamentarnego. Jednak prezydent Lech Kaczyński, który do afery walnie się przyczynił odsyłając ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, nadal jest pamiętany w kręgach PiS jako wielki człowiek, wielki prezydent i wielki patriota. Andrzej Duda, który pomagał Kaczyńskiemu w jego niecnych działaniach, nie spotkał się z żadnymi konsekwencjami ze strony PiS i jest dziś kandydatem tej partii na prezydenta.

W roku 2013, w czasie prezydentury Bronisława Komorowskiego, miała miejsce reforma otwartych funduszy emerytalnych (OFE), która sprowadza się do niemal całkowitej likwidacji tych funduszy. Przed tą reformą OFE miały aktywa o wartości ponad 300 miliardów złotych. Aktywa te ciągle rosły, gdyż część składek emerytalnych wpłacanych do ZUS zasilała OFE.

Liczba osób zawodowo aktywnych będzie w Polsce w przyszłości systematycznie malała, a liczba emerytów będzie rosła. Wynika to z tego, że przeciętna długość życia rośnie (mamy coraz więcej staruszków), a jednocześnie rodzi się u nas bardzo mało dzieci (polska kobieta rodzi średnio 1,31 dziecka). W tej sytuacji nie jest możliwe, aby ZUS w przyszłości wypłacał całość należnych emerytur dzięki pieniądzom, jakie będzie ściągał w formie składek od coraz mniej licznych osób pracujących. Aby system emerytalny nie załamał się całkowicie, potrzebne będą dodatkowe pieniądze. Aktywa, którymi dysponowały OFE, to miały być właśnie te pieniądze, pieniądze absolutnie niezbędne do tego, aby w przyszłości system emerytalny nie załamał się całkowicie (więcej wyjaśnień tu).

Reforma OFE z roku 2013 sprowadza się do odebrania tym funduszom znacznej większości aktywów. Połowę aktywów odebrano im w trybie natychmiastowym (dług skarbu państwa wobec OFE został po prostu anulowany), a ponadto wprowadzono mechanizmy, które przesuną z OFE do ZUS (czyli faktycznie do skarbu państwa) znaczną część tego, co zostało.

Dysponując środkami odebranymi OFE, skarb państwa znajduje się w sztucznie dobrej sytuacji finansowej, co pozwala mu zaciągać dodatkowe pożyczki. Za pożyczone pieniądze rządzący mogą budować swoją popularność (na przykład zwiększając zatrudnienie w urzędach, podczas gdy realny stan finansów państwa wymaga redukcji etatów). Jednocześnie system emerytalny jest na prostej drodze do katastrofy finansowej z powodu likwidacji OFE, które były absolutnie niezbędnym składnikiem tego systemu.

W sumie reforma OFE nie jest niczym innym, jak aktem kreatywnej księgowości (mówiąc wprost: oszustwem księgowym) organizowanym przez najwyższe władze Rzeczypospolitej, na sumę rzędu dwustu miliardów złotych.

Prezydent Komorowski miał wszelkie możliwości, aby powstrzymać to oszustwo. Gdy reforma była w fazie projektu, mógł ją po prostu jednoznacznie skrytykować - biorąc pod uwagę duży szacunek, jakim Polacy darzą Komorowskiego, taka krytyka zmusiłaby rząd do porzucenia reformy. Ale prezydent jednoznacznej krytyki nie dokonał. Gdy reforma przybrała już formę ustawy, przezydent mógł ją zawetować, a nawet powinien był to zrobić, gdyż zadaniem prezydenta jest stanie na straży Konstytucji, a równowaga finansów publicznych jest w Polsce uznawana za wartość konstytucyjną. Ale Komorowski ustawy nie zawetował.

Z jednej strony mamy więc Kukiza, który sprawia wrażenie człowieka szczerego, pełnego dobrej woli działania dla Polski, ale któremu brak doświadczenia i wiedzy. Z drugiej zaś strony mamy dwóch najmocniejszych kandydatów, Komorowskiego i Dudę, którzy mają duże doświadczenie polityczne, ale uczestniczyli (choćby tylko przez bierne przyzwolenie) w oszustwach na wielką skalę.

W tej sytuacji wybieram Kukiza.

Marcin Skubiszewski, 19 kwietnia 2015

Marcin SKUBISZEWSKI. Absolwent uczelni francuskich. Wieloletni uczestnik Ruchu Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. Obecnie jest wiceprezesem Fundacji imienia Krzysztofa Skubiszewskiego, której główna działalność polega na wspomaganiu kontaktów naukowych między Polską a Europą Wschodnią. Prowadzi wielojęzyczną stronę internetową Zrozumieć politykę, zrozumieć prawo oraz blog na niezależnym forum publicystów Salon24.pl zatytułowany Chcę Polski normalnej.

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież