Saturday, Nov 18th

Last update10:53:45 PM GMT

RSS
You are here JOW Publicystyka Przeźroczyste urny czy przejrzyste wybory?

Przeźroczyste urny czy przejrzyste wybory?

Email Drukuj PDF
Urna

Jarosław Kaczyński – doskonale wiedząc, że na sfałszowanie wyborów - w skali całego kraju - nie ma najmniejszych dowodów, publicznie mówi o fałszerstwie. Lider PiS świadomie unika dotykania istoty zjawiska tj. wad systemu wyborczego, chociaż jego partia w roku 2004 proponowała zmianę ordynacji wyborczej. Jednocześnie jako środek zaradczy proponuje wprowadzenie szeregu gadżetów jak np. przeźroczystych urn, które przed fałszerstwami miałyby obronić system. To tak jakby trędowatemu zamiast leków proponować lepszy gatunek pudru.

Wynik wyborów zafałszowała ordynacja

Nie ma wątpliwości że dokonanie jednolitego fałszerstwa - w skali całego kraju - w wyniku którego wynik wyborczy jednej tylko partii został przeszacowany, w stosunku do sondażowego poparcia kilkakrotnie - jest po prostu niemożliwe. Istnieje wyraźny związek między umieszczeniem listy PSL na pierwszej stronie broszury wyborczej do powiatów i sejmików a nagłym skokiem poparcia dla tej partii. Co byśmy nie mówili o błahości tej przyczyny, jak nie narzekali na brak świadomości wyborców, istnieje jasny związek przyczynowo-skutkowy: pierwsza strona - skokowy wzrost wyborczego poparcia. Wyborczego bo nie realnego.

Gdyby na pierwszej stronie wyborczej książeczki umieścić listę innej partii, też jej wynik byłby kilkakrotnie wyższy od prawdziwego poparcia obywateli. Świadczą o tym wyniki wyborów w Warszawie, gdzie w niektórych okręgach na pierwszym miejscu była „Demokracja Bezpośrednia” i wynik tej partii był tam trzykrotnie wyższy niż w innych okręgach.

Dlaczego zatem liderzy partii, otoczenie prezydenta, większość konstytucjonalistów milczy na temat tak oczywistego zjawiska?

Po pierwsze zapewne z powodu błahości tej przyczyny. Wielu ludzi obytych z polityką, z procedurami administracyjnymi wprost nie chce przyjąć do wiadomości faktu, że procedury, formularze czy druki mogą być przez przeciętnego obywatela niezrozumiałe. A już „przekartkowanie kilku stron” to „przecież potrafi każde dziecko”. Taka postawa jest przede wszystkim podszyta urzędniczą arogancją, której w Polsce jest pełno na każdym szczeblu.

Jednak głębiej wynika to z braku profesjonalizmu i lenistwa polskich elit urzędniczych, które najzwyczajniej w świecie nie wiedzą jak projektować dokumenty, co to jest prakseologia, a co standaryzacja procedur. Generalnie polski system administracji na każdym szczeblu jest do obywatela „odwrócony tyłem” i służy raczej poprawie samopoczucia urzędnika/inteligenta niż zadowoleniu petenta. Dlaczego procedury wyborcze miałyby być inne?

W ujęciu tych, którzy lekceważą błahą – wydawać by się mogło - przyczynę jaką było przedstawienie wyborcy broszury i zmuszenie go do kartkowania, jeśli chciał głosować na coś innego niż PSL - to wyborca powinien się starać. Natomiast żaden obowiązek czynienia procedur zrozumiałymi, nie ciąży na organizatorach wyborów. Ale – powtarzam – taki duch panuje w całej polskiej administracji.

Cisza nad „wyborczą trumną”!

Niechęć do przyznania iż to właśnie broszura, czyli naruszenie zasady równości i zakazu dyskryminacji z art. 32 Konstytucji, było przyczyną uzyskania całkowicie niewiarygodnego wyniku wyborów do sejmików i powiatów, jest jednak głębsza. Gdyby obrońcy wyniku wyborów samorządowych przyznali, że to właśnie wadliwa ordynacja przyczyniła się do zafałszowania wyborów, podważyliby fundamenty ustrojowe III RP. Byłby to początek dyskusji na temat nowego prawa wyborczego, a więc nowego ustroju państwa.

Dlatego temat wad kodeksu wyborczego w dyskusji o wyborach samorządowych jest starannie omijany przez wszystkich. Jarosław Kaczyński zdecydował się nawet wysuwać jawnie nieprawdziwe oskarżenia o sfałszowanie wyborów, wskazując że uczyniły to partie koalicji, żeby tylko nie ożywić demona, którego partyjne elity III RP boja się jak ognia. Tym „demonem” jest propozycja zmiany systemu wyborczego i wprowadzenia wyborów przedstawicieli w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW).

Tymczasem zafałszowanie wyników na skutek pierwszego miejsca w wyborczej broszurze listy PSL wskazuje na socjologiczne zjawisko jakim jest głosowanie części wyborców po prostu na to co „na wierzchu”. Można sie zdumiewać, zżymać powtarzać pytania o poziom elektoratu, ale zjawisko to jest oczywistym faktem i powinno być uwzględniane przez konstytucjonalistów i twórców prawa wyborczego na każdym szczeblu i etapie wyborczej procedury.

Zjawisko: „głos na pierwszego” nie jest niczym nowym i doskonale jest znane i prezesowi Kaczyńskiemu i wszystkim innym liderom partii, nie mówiąc już o kandydatach do parlamentu. To przecież ta wiedza sprawia, że najpoważniejsze boje toczą się nie w kampanii, ale na długo przed nią – kiedy ustalana jest kolejność na listach wyborczych partii. Wiadomo z prawdopodobieństwem 100%, że jeśli partia osiąga ok. 20% poparcia wówczas wszyscy kandydaci z pierwszych miejsc zostają posłami.

Tak jest od lat – zjawisko jest oczywiste, a jednak nie skłoniło żadnego z luminarzy polskiej politologii do analizy pod kątem konstytucyjności wyborów. Skoro bowiem to kolejność na listach decyduje w istocie o uzyskaniu mandatu, to znaczy że prawdziwe wybory dokonują się na etapie ustalania partyjnych list, nie zaś przy urnie. W dniu wyborów wyborca tylko „daje głos”.

A zatem wpływ partyjnych wodzów (poprzez ustalenie kolejności na liście) narusza wyraźnie zasadę bezpośredniości wyborów. Praktycznie między wyborcę, a kandydata wkracza czynnik niekonstytucyjny – partyjne kierownictwo decydujące o szansach poszczególnych kandydatów.

Oprócz wpływu na wyborczy wynik, pozakonstytucyjne uprawnienia przyznane przez ordynację wyborczą partyjnym liderom, wywierają niebywale doniosły wpływ na strukturę partii politycznych. Przywilej ustalania kto będzie posłem wytwarza w partiach dwie kategorie członkostwa. Jedni – jak krąg skupiony wokół wodza – cieszą się pełnią praw, mogą decydować o sprawach istotnych – inni są tylko biernym, partyjnym mięsem armatnim, „partią zewnętrzną”.

Podział na „partię wewnętrzną” posiadającej prawdziwą władzę i „partię zewnętrzną” (patrz: Orwell „1984”) – wykonującą biernie polecenia wzmocnione zostało poza ordynacją, w polskim systemie politycznym ustawą o finansowaniu partii dającą w ręce liderów ogromne środki pochodzące z budżetu oraz wprowadzeniem w wyborach 1993 r. 5% progu wyborczego. Do tego w procesie kolejnych konfliktów, partyjnych czystek itp. procesów krąg przywódców w poszczególnych ugrupowaniach zacieśnia się coraz bardziej i tak po 25 latach „transformacji” wszystkie polskie partie (bez wyjątku) są klasycznymi partiami wodzowskimi.

Struktura partii wodzowskiej została opisana przez Lenina w broszurze „O partii nowego typu” i przy uznaniu wszystkich różnic wynikających z języka ideologii, opis ten jako żywo pasuje i do PiS, i do PO, i do SLD – co w tym ostatnim przypadku nie powinno budzić protestów.

Partie leninowskie kontra okręgi jednomandatowe

Jakość partyjnych szeregów, wyłonionych na zasadzie podporządkowywania się wodzowi i bezwzględnego posłuszeństwa - jaka jest każdy widzi. Ostatnie przypadki posłów PiS przez lata całe używających sławy "obrońców wartości", a w końcu przyłapanych na drobnych machlojkach z delegacjami, obnaża nie tylko poziom etyczny tych konkretnych partyjnych funkcjonariuszy. Pokazuje jak nic nie jest wart wodzowski system selekcji. Jak puste są deklaracje i obietnice składane przez wszystkich, którzy w tym - na poły tragicznym, na poły śmiesznym - procederze uczestniczą.

Jest to nie tylko przyczyna niewielkiego szacunku Polaków do Sejmu, partii politycznych, przyczyna wysokiej absencji wyborczej, ale także źródło korupcji i przeszkoda w sprawnym zarządzaniu państwem. Polskie "partie leninowskie" czując, że nie mają prawdziwego poparcia społecznego, sprowadziły publiczny dyskurs do jawnie demagogicznego odsądzania przeciwników od czci i wiary, do ekscytowania niemożliwymi do udowodnienia oskarżeniami, do grania na najbardziej prymitywnych instynktach.

W Polsce od dawna już nie ma żadnej poważnej debaty, jest tylko nieustanny konflikt między dwoma głównymi obozami - PO i PiS. Konflikt ten jednak dotyczy całkowicie drugorzędnych z punktu widzenia społeczeństwa i państwa spraw. Natomiast w sprawach istotnych - jak choćby właśnie w kwestii naprawienia złego systemu wyborczego - między głównymi oponentami panuje idealna zmowa milczenia.

Wprowadzenie bowiem wyborów posłów w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW) natychmiast zlikwidowałoby pozakonstytucyjną władzę partyjnych liderów nad lokalnymi kandydatami. Oczywiście pod pewnymi warunkami. Okręg nie mógłby być zbyt duży, tak żeby sfinansowanie kampanii leżało w zasięgu możliwości niezależnego kandydata, kandydat wybrany w JOW powinien bezwarunkowo uzyskiwać mandat. Zbyt duży okręg wyborczy praktycznie przekreśla walory JOW uniemożliwiając prowadzenie kampanii bezpośredniej – choć i tak daje wynik lepszy niż czysto partyjny system, co widać po nielicznych, ale jednak uzyskujących mandat niezależnych senatorach.

Niewielki okręg wyborczy do sejmu (przy 460 posłach) liczyłby ok. 80tys. mieszkańców) uniezależniałby w dużym stopniu kandydatów od partyjnego kierownictwa. Likwidowałby zatem samoczynnie „strukturę leninowską” w polskich partiach. Otwierałby partie na sygnały płynące z dołu, od społeczeństwa, wyciszałby ideologiczne, często sztuczne konflikty, ba – w myśl socjologicznego „Prawa Duvergera” - prowadziłby do dwubiegunowej sceny politycznej, co znakomicie stabilizowałoby rządy.

A przede wszystkim wybory w JOW bez wątpienia nie miałyby wad, które z taką mocą ujawniły się w ostatnich wyborach samorządowych, a które podkreślmy to – stale występują w polskim systemie wyborczym.

Niestety solidarny opór liderów polskich partii leninowskich – PiS, PO, SLD i PSL sprawia, że temat zmiany ordynacji i JOW jest zamilczany w polskiej debacie publicznej. Nawet zderzając się z jawnym przykładem zafałszowywania (nie sfałszowania) wyników i absurdów obecnego systemu partyjni liderzy wolą wprost mówić jawną nieprawdę, oskarżać przeciwników o niepopełnione fałszerstwa. W końcu zamiast przejrzystego systemu wyborczego wolą proponować nam… przeźroczyste urny zamiast przystąpić do koniecznej reformy państwa.

Janusz Sanocki

Janusz SANOCKI (ur. 1954) - dziennikarz, polityk, działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, samorządowiec, były burmistrz Nysy, uczestnik Ruchu Obywatelskiego Jednomandatowe Okręgi Wyborcze, autor książki "WoJOWnicy" (2005). 21 sierpnia 2008 rozpoczął protest głodowy przeciwko bezprawiu sądów, prokuratury i policji. Obecnie prowadzi akcję społeczną skupiającą stowarzyszenia obywateli walczących z bezprawiem sądów i prokuratur w komitety referendalne zmierzające do zmian ustrojowych w Polsce. Inicjator Kongresu Protestu.

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież