Tuesday, Sep 19th

Last update07:01:47 AM GMT

RSS
You are here JOW Publicystyka O JOW-ach i pełnomocnikach

O JOW-ach i pełnomocnikach

Email Drukuj PDF
Warzecha

Dwie sprawy wywołały najżywszą dyskusję pod moim poprzednim wpisem: kwestia JOW-ów w wyborach do Senatu i głosowanie przez pełnomocnika. Postanowiłem zająć się nimi raz jeszcze, bo moim zdaniem argumenty krytyków tych rozwiązań – głównie sympatyzujących z PiS – pokazują pewien sposób myślenia o państwie, w mojej opinii – niesłuszny.

O JOW-ach napisano już, także w Salonie24, całkiem sporo. Wciąż jednak powtarza się ta sama argumentacja ich przeciwników, którą mogę streścić, cytując komentarz Kontrrewolucjonisty pod moim wpisem:

„Wybory jednomandatowe to pomysł bardzo zły, któremu każdy rozsądny człowiek powinien się w Polsce sprzeciwiać. To jeszcze bardziej upartyjni i zabetonuje system polityczny. Ale przede wszystkim jest to w polskich warunkach masowa produkcja Stokłosów w parlamencie. I nie jest istotne że jest to argument oklepany. Istotne jest że jest to argument PRAWDZIWY. Mówić, że jak »ludzie chcą mieć Stokłosów to ich wybór« jest komiczne. Równie dobrze można by powiedzieć, że w obecnych warunkach ludzie »chcą mieć rządy PO« to je mają. Ci ludzie to nie »chcą mieć« tylko są tępą masą lemingów którymi się steruje przy pomocy walterowców i innego GW-na robiąc wodę z mózgu. Na tej samej zasadzie ludzie »chcieli mieć« Stokłosów w senacie.

Oligarchowie w jednomandatowych okręgach na poziomie powiatu, po prostu mają w garści miejsca pracy i lokalne media i polityków, przy pomocy kupują ludzi albo robią z nich debili takich jak przykładowo zwolennicy PO”.

Kompletnie nie mogę się zgodzić z takim sposobem rozumowania.

Po pierwsze – wprowadzenie JOW-ów nie upartyjni systemu wyborczego – przeciwnie: jest to pewny sposób, aby zmniejszyć hegemonię partii, a przede wszystkim ich liderów. Nie mogłem się dziś nie zgodzić z dyskutującym ze mną w Tok FM Sławomirem Sierakowskim, że jest w Polsce tylko czterech w pełni suwerennych polityków i są to liderzy czterech głównych partii. Ich podwładni, w tym posłowie, nie są suwerenni w żaden sposób, ponieważ są trzymani w ciągłym szantażu list wyborczych systemu proporcjonalnego. To nie jest sytuacja zdrowa. Polskim systemem politycznym zarządza faktycznie czterech ludzi, ponieważ reszta jest bezwolnymi wykonawcami ich poleceń, drżącymi o swoje miejsce na listach wyborczych. Większościowy system proporcjonalny pozwala każdego trzymać w szachu – przynajmniej spośród tych, którzy chcą pozostać w polityce. To przesuwa nas w stronę kleptokracji. Żywa demokracja to taka, gdzie partie nie są zasobnikami mięsa armatniego, ewentualnie wiernych sierżantów, ale stanowią także ośrodki niezależnej myśli i refleksji nad państwem. W Polsce tak nie jest i w ogromnej mierze jest to kwestia systemu wyborczego.

W takim systemie głosuje się na partie, a nie na człowieka. W systemie większościowym z JOW-ami głosuje się na partię, ale też na człowieka, a czasem wyłącznie na człowieka. To nie oznacza, jak twierdzą niektórzy, że gdyby wprowadzić taką ordynację do Sejmu (do tego potrzebna by była zmiana Konstytucji), to mielibyśmy 465 osobnych partii (po ten argument sięgał często Jarosław Kaczyński). Nic dziwnego, że lider PiS jest niechętny takiemu systemowi. Oczywiście nadal gros głosów zbierałyby w nim partie, ale już nie każdy, kogo łaskawie na odpowiednim miejscu zatwierdzi partyjny lider. Wyrastaliby lokalni liderzy i przywódcy partii musieliby się na nich godzić – inaczej groziłaby im przegrana w danym okręgu.

Druga część wypowiedzi Kontrrewolucjonisty jest wręcz niebezpieczna. Jeżeli uznajemy, że ludzie, którzy wybierają kogoś, kto nam się nie podoba, robią tak po prostu dlatego, że są głupi, to podważamy istotę demokracji. Oczywiście, że ludzie w większości nie potrafią analizować i racjonalnie uzasadniać swojego wyboru. Tyle że istota demokracji bezcenzusowej polega właśnie na tym, że przyznaje się każdemu prawo głosu niezależnie od tego, z jakich pobudek działa. Jeżeli zaczniemy tak regulować prawo, żeby zmusić ludzi do wyboru, który nam wydaje się właściwszy, jesteśmy o krok od inżynierii społecznej, bardzo niebezpiecznej. Przypomnijmy sobie choćby casus Haidera w Austrii i skandaliczne zachowanie Unii – która zresztą musiała po pół roku zakończyć swój haniebny bojkot. Powtórzę to, co powiedziałem dziś po południu w Tok FM: ludzie mają prawo wybierać kogo chcą z dowolnego powodu i nikomu nic do tego. Jeśli chcą mieć senatora Stokłosę, bo ten daje im miejsca pracy, to czemu nie? W czym jest to gorsze od wybierania polityka, który obiecuje, że takie miejsca pracy stworzy w całym kraju, po czym oczywiście obietnicy nie dotrzymuje? Stokłosa pod tym względem nie tylko nie jest gorszy, ale nawet lepszy, bo faktycznie daje pracę. (Osobna sprawa to kwestia immunitetu i ukrywania się za nim osób, które powinny stawać przed sądem za sprawy kompletnie niezwiązane ze sprawowaniem mandatu. Immunitet jest w Polsce ogromnie rozbudowany i z pewnością powinien zostać mocno ograniczony, ale w tej sprawie partie polityczne są dziwnie oporne – z PiS włącznie.)

Przypominam też, że gdyby faktycznie tak łatwo było lokalnym oligarchom wygrywać wybory w systemie większościowym, to mielibyśmy już dawno cały Senat Stokłosów – wszak wybory do Senatu są od zawsze większościowe, tyle że nie w okręgach jednomandatowych.

Jasne, że JOW-y nie są lekiem na całe zło. Ale są z pewnością znacznie lepsze niż patologiczny, partyjniacki system, jaki obowiązuje dzisiaj.

Druga sprawa to głosowanie przez pełnomocnika. Owszem, należałoby zadbać, żeby przedstawiane do akceptacji pełnomocnictwa były sprawdzane i miejmy nadzieję, że tak będzie. Tak rozumiem zapisaną w kodeksie wyborczym weryfikację.

Jednak niepokoi mnie, że wiele osób sprzeciwia się temu rozwiązaniu z pobudek wyraźnie paternalistycznych, antyliberalnych w tym sensie, że nie mogą zaakceptować sytuacji, gdy wskutek wolnej decyzji wyborcy ujawnia on swój wybór innej osobie.

Zacznijmy od tego, że zapisaną w Konstytucji tajność wyborów ja rozumiem nie jako obowiązek, ale jako moje prawo, z którego mogę zrezygnować, jeśli mam ochotę. Gdyby było inaczej, karać by należało każde oświadczenie o tym, na kogo się głosowało. Po ostatnich wyborach prezydenckich na Facebooku roiło się od zdjęć kart do głosowania z zaznaczonym nazwiskiem Kaczyńskiego. Było to oczywiste wyrzeczenie się prawa do tajnego głosowania. Czy i takie przypadki należałoby karać?

Głosowanie przez pełnomocnika przysługuje osobom, które same z powodów zdrowotnych głosować nie mogą. Te osoby dobrowolnie mogą przekazać swoje uprawnienie innej osobie. Jest jasne, że dzieje się to za sprawą ich wolnej decyzji. Kuriozalny jest argument, że przecież pełnomocnik nie musi wcale zagłosować tak, jak chce mocodawca. Jasne. Zadziwia mnie jedynie, że krytycy tego rozwiązania nie pojmują, iż jest to problem i sprawa wyłącznie pomiędzy mocodawcą a pełnomocnikiem i państwu nic do tego. Sprawą wyborcy jest, aby na pełnomocnika wyznaczył kogoś, do kogo ma zaufanie.

W przypadku głosowania przez pełnomocnika mamy do czynienia z klasyczną relacją dwóch osób, opartą na zaufaniu i wolnej woli. Państwo w takie relacje nie powinno się mieszać. Pomijając już fakt, że na tym rozwiązaniu ma szansę skorzystać głównie PiS, a nie PO – to wśród zwolenników Prawa i Sprawiedliwości jest zapewne więcej osób starszych i schorowanych, które w poprzednich latach nie mogły głosować z powodu swojego stanu. Teraz taką możliwość dostaną. I bardzo dobrze.

Łukasz Warzecha (ur. 1975) dziennikarz i publicysta, komentator dziennika "Fakt". Prowadzi blog Jest super, więc o co mi chodzi? na Salon24.

Serdecznie dziękujemy Autorowi za zgodę na przedruk artykułu.

fakt.pl

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież