Okulary Mateusza Morawieckiego

Nasza klasa polityczna postanowiła wyciągnąć wnioski z tragedii w Gdańsku. W związku zaczęła szukać sposobów na „narodowe pojednanie”, żeby ostudzić temperaturę sporów politycznych. Problem w tym, że owe poszukiwania przypominają trochę postać pana Hilarego z wiersza Juliana Tuwima, który swoich okularów szukał „w spodniach i w surducie, w prawym bucie, w lewym bucie”, a na końcu „okazało się, że ma je na własnym nosie”.

Jak dotąd „narodowe pojednanie” przypomina zaklinanie rzeczywistości. Politycy zamienili się w kaznodziejów, a przykład dał sam premier Mateusz Morawiecki, mówiąc: „Apeluję do wszystkich polityków, liderów opinii, ludzi mediów i kultury: uczyńmy nasze życie publiczne lepszym”.

Jest to warte chwili zastanowienia. Premier wyrażając życzenie, żeby nagle nastało w Polsce samo dobro, a wilcy zamienili się w łagodne baranki, zachowuje się jak kapłan zaklinający deszcz, albo też Aladyn z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, właściciel cudownej lampy, z której wyskakuje potężny dżinn spełniający każde życzenie. Wypowiedzi polityków tym różnią się od mowy zwykłych zjadaczy chleba, że nie powinny być „pobożnymi życzeniami”, lecz mają zawierać propozycje konkretnych rozwiązań i sposobów naprawy urządzeń życia państwowego. Nikt nie oczekuje od polityków postaw religijnych, pobożnych życzeń, westchnień i zaklęć, oczekuje natomiast czynu, pomysłu, propozycji, gotowych projektów i recept, które zmienią niepożądany stan rzeczy, wyeliminują to co niekorzystne, naprawią.

Jak rozpoznać szczere deklaracje pojednania od tych nieszczerych i koniunkturalnych? To proste – te szczere będą poszukiwaniem rozwiązań ustrojowych, które zakończą bezsensowną i wyniszczającą wojnę polsko-polską. Te nieszczere, koniunkturalne, będą wezwaniami bez treści, pustosłowiem, zaklinaniem deszczu właśnie. Tylko zmiana systemu wyborczego w Polsce i ujednolicenie go na wszystkich szczeblach wyborów politycznych, może przynieść uspokojenie klimatu politycznego, przywrócić merytoryczną debatę, oddać polityków pod pokojowy osąd wyborców. Nie załatwią tego zaklęcia i kolejne plombowanie przeregulowanego prawa.

Największym i najbardziej spektakularnym sukcesem politycznym Pawła Adamowicza było zwycięstwo w wyborach prezydenta Gdańska w 2018 roku, w sytuacji, kiedy cała klasa polityczna, cały POPiS stanął przeciwko niemu. Sukces stał się możliwy tylko dzięki wyborom bezpośrednim prezydentów miast (także wójtów i burmistrzów), w formule większościowej, w jednomandatowych okręgach wyborczych. Tylko w takich warunkach możliwe jest odwołanie się bezpośrednio do wyborców, i uniezależnienie od nacisków klasy politycznej. To co okazało się możliwe w Gdańsku, nie jest już możliwe w wyborach do Sejmu, centrum politycznego państwa, przeprowadzanych według ordynacji proporcjonalnej, gdzie głos szefów partii i aparatów partyjnych jest decydujący, zaś rola „wyborców” sprowadza się do udziału głosowania na już wybranych („jedynki”, miejsca biorące”).

W wyborach prezydenckich Adamowicz miał sześciu kontrkandydatów, w tym dwóch ze znanymi nazwiskami, popieranych przez dwie dominujące w Polsce partie: Jarosława Wałęsę, popieranego przez Platformę Obywatelską (i Nowoczesną) oraz Kacpra Płażyńskiego, popieranego przez Prawo i Sprawiedliwość. W pierwszej turze Adamowicz dostał 78 tys. głosów (37%), jego najgroźniejszy rywal z PiS, Kacper Płażyński 63 tys. głosów (30%), ale w drugiej turze już był poza zasięgiem swego kontrkandydata, otrzymując 130 tys. głosów (65%), przy 70 tys. głosach Płażyńskiego (35%). Sukces odniósł także jego niepartyjny komitet „Wszystko dla Gdańska”, który nawiązał walkę z dwoma największymi partiami w Polsce – PO i PiS. Co prawda Platforma Obywatelska (wraz z Nowoczesną) zdobyła w 34 osobowej radzie 16 mandatów, a Prawo i Sprawiedliwość 12, to jednak komitet Adamowicza z 6 mandatami zapewnił sobie rolę „języczka u wagi” i możliwość rozgrywania dwóch tuzów politycznych, niezdolnych do sformowania samodzielnej większości w radzie miejskiej.

Adamowicz, wbrew klasie politycznej monopolizującej państwo i samorządy, psującej polityczne obyczaje, poszedł jak burza, odnosząc bezapelacyjne zwycięstwo w wyborach. Kluczem do sukcesu jego życia była ordynacja wyborcza. Jeśli politycy szczerze chcą uczcić pamięć Pawła Adamowicza i wyciągnąć wnioski z tragicznych wydarzeń, to powinni podnieść i wyeksponować jego największą zasługę oraz zastanowić się nad rozciągnięciem ordynacji większościowej JOW na wybory do Sejmu. Wypada też pamiętać, że wszystko dokonało się w warunkach oskarżeń Pawła Adamowicza o korupcję, formułowanych w mediach i świecie polityki. Nie zrobiło to wrażenia na wyborcach, którzy najwyraźniej wyszli z założenia, wierząc w pewien porządek i kolejność rzeczy, że korupcja powinna być ścigana na co dzień, a nie tylko w czasie kampanii wyborczej i że uznanie człowieka za przestępcę powinno rozpoczynać się prokuratorskim aktem oskarżenia, a kończyć wyrokiem skazującym.

Wybory większościowe pokazały więc, że spoiwem dla systemu politycznego nie może być nienawiść, jako sposób na polityczny sukces, awans lub karierę. W polskim życiu politycznym prawo obywatelstwa zdobyły sobie złość, gniew, agresja. Zastanawiające, że takich postaw – jako dominujących – nie spotykamy w życiu niepolitycznym. Dlaczego w polityce królują zachowania, dla których nie ma akceptacji w normalnym życiu społecznym? Dlaczego zwykli ludzie eliminują spośród swoich znajomych pieniaczy, arogantów, agresywnych demagogów, szczujących jednych przeciwko drugim, a w życiu politycznym ci sami ludzie robią oszałamiające kariery? Odpowiedź jest prosta – w polityce, w przeciwieństwie do życia sąsiedzkiego, wspólnotowego i społecznego, nie funkcjonuje mechanizm weryfikacji – zwykłej ludzkiej oceny postępowania drugiego człowieka i orzekania o stopniu jego przyzwoitości. W polityce opinię publiczną zastąpiła subiektywna ocena kandydata przez partyjnego lidera lub aparat partyjny pod kątem jego przydatności do plemiennej walki międzypartyjnej.

To wszystko już 20 lat temu zauważył… Mateusz Morawiecki. Bo to nieprawda, że nasz premier nie potrafi mówić językiem konkretu. W 1999 roku w artykule, w którym poddał błyskotliwej analizie systemy wyborcze, napisał: „Ordynacja większościowa (…) sprzyja w wyraźny sposób powstawaniu mechanizmów uczciwości politycznej, wiąże posła z wyborcami, stabilizuje rządzenie państwem, usprawnia proces ustawodawczy, podnosi kwalifikacje posłów, wyrównuje szanse lub zmniejsza nierówność szans, wywiera integrujący wpływ na społeczeństwo, a przede wszystkim daje pewność, że elity polityczne działają w interesie państwa i społeczeństwa. Bo jeśli działają w swoim własnym interesie lub na zlecenie kogoś innego, to można je wymienić na nowe. Tak więc ordynacja większościowa, łączy efektywność rządzenia państwem z jakością struktur demokratycznych i czytelnością układu politycznego w sposób nie idealny, ale jak się wydaje najlepszy z możliwych”.

Wszystko to, co napisał w 1999 roku sprawdziło się niemal 20 lat później, w Gdańsku, podczas wyborów samorządowych w 2018 roku. Paweł Adamowicz, kandydując w warunkach ordynacji większościowej, udowodnił i potwierdził jej zalety: wyrównywanie szans obywateli w konfrontacji z potężnymi partiami, oddanie pierwszeństwa głosom wyborców, a nie partiom, premiowanie tych, którzy działają w interesie społecznym i integrują społeczeństwo wielkiego miasta, zniwelowanie sztucznej przewagi uprzywilejowanych partii nad społeczeństwem.

Dlaczego zatem dziś, obecny premier Mateusz Morawiecki woli zaklinać rzeczywistość, zamiast po prostu sięgnąć po konkretny, dobrze sobie znany przykład rozwiązań ustrojowych, eliminujący ostre podziały i nienawiść w polityce? Przecież okulary, których tak w ostatnich dniach szuka tkwią na jego nosie.

Tadeusz ROGOWSKI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.