Życie w kolorze szarości


Kiedy zmarła, pisano, że odeszła najmądrzejsza kobieta w Polsce. Porównywano ją z wielkimi postaciami polskiej historii – królową Jadwigą, a nawet z Józefem Piłsudskim, z którym miał ją łączyć strój w szarym kolorze polskiej niepodległości. Nazywano ją królową Polesia, świętą z własnego wyboru. Ale hrabianka Julia Ledóchowska, późniejsza święta Urszula Ledóchowska, zaprzeczała legendzie, którą otoczona była już za życia. Chciała, żeby świat stawał się lepszy nie na skutek wielkich projektów historycznych, ale w wyniku podejmowania zwykłych, codziennych, choćby najprostszych czynności w taki sposób, jakby od tego zależały losy świata. I mówiła, żeby ten świat uświęcać, przepajać go Boską dobrocią, zwłaszcza w dziełach najmniejszych, i że prawdziwe szlachectwo jest z ducha i objawia się ofiarnością do spraw wielkich i wzniosłych.

Z wyglądu drobna i wątła, była kobietą niezwykłej wewnętrznej mocy, hartu ducha i pracy wytężonej do granic ludzkiej wytrzymałości. „Ledóchowska – pisała duńska prasa w 1915 roku – jest kobietą małą, wątłą, o rysach subtelnych, oczach pełnych ognia i włosach śnieżnych, okrytych welonem, związanym naokół głowy. Ruchy i sposób odzywania się świadczą o woli niezłomnej, której istnienia nikt nie podejrzewałby w osobie tak filigranowej”.

Jak na damę przystało, trzymała się prosto, nawet siedząc w fotelu czy pracując przy biurku, w żadnych okolicznościach nie pozwalała sobie na zbyt swobodną postawę. Miała usposobienie żywe i otwarte, połączone z opanowaniem i wewnętrznym porządkiem. Szczególnym rysem jej postaci, były oczy, w których odbijało się niebo. O tych błękitnych oczach napisano bardzo wiele – były to ufnie patrzące na świat oczy dziecka, ale także wesołe oczy dziewczęce, a zarazem mądre oczy matki. Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, to w nich odbijała się cała dobroć matki Urszuli, którą można ująć w dwóch prostych słowach, najprostszych i najwznioślejszych zarazem: „dobry człowiek”. Nosiła w sobie ten rodzaj dobroci, który nie wynika z postanowienia bycia dobrym, ale ujawnia się spontanicznie, ukazując najpiękniejszą cząstkę ludzkiej natury. Ciepło i serdeczność promieniowały od niej z daleka, sprawiając, że lgnęli do niej ludzie. Nikogo nie odrzucała, z taką samą serdecznością rozmawiała z bywalcami arystokratycznych salonów, jak i z bosymi, niepiśmiennymi chłopami poleskimi.

Mówiła z ledwie wyczuwalnym w głosie twardym akcentem odziedziczonym po matce Szwajcarce. Wyrażała się w sposób jasny i zrozumiały, posługując się językiem obrazowym, nasyconym treścią, chwilami dosadnym i jędrnym. „Na estradzie ukazała się sylwetka nikła – opisywał odczyt matki Urszuli w Kopenhadze, Ernest Łuniński – kobieta w sukni czarnej, coś z habitu zakonnego, przystosowanego do form świeckich. Zrazu cicha emisja słowa nabierała stopniowo dźwięku, zamieniała się w kaskadę srebrzystą, w dzwon coraz bardziej spiżowy. Zdawało się, że muzyka niewidzialna zagrała na nerwach słuchaczów i kładła na nich tony grozy i rozpaczy. W krzesłach rozsiadło się skupienie, a nad nim panował głos władczy, głos-król. Płynęła cudnie rzeźbiona francuszczyzna w oprawie lekkiego akcentu słowiańskiego…”.

Miała lekkie pióro, a jej styl znamionował epokę, kiedy to słowo pisane stało wyżej niż dzisiaj. Z łatwością przeskakiwała między gatunkami literackimi – potrafiła z benedyktyńską skrupulatnością pisać kronikę swojego Zgromadzenia, obfitującą w daty i fakty, by za chwilę rozpocząć artykuł do gazety lub list, stylem nawiązujący do prozy literackiej najwyższego lotu. Z równą łatwością przychodziło jej napisanie popularnej książki dla dzieci, co modlitwy lub statutu prawa zakonnego. Miała skłonność do gawędziarstwa, w najlepszym znaczeniu tego słowa. Pisała wiersze – poezję religijną, dość prostą, ale głęboką, ujawniającą zamiłowanie do romantyzmu.

A kiedy przyjdziesz po mnie, Jezu złoty,
Cicho me życie w Twoje oddam ręce,
Jezu na krzyżu w ostatecznej Męce,
Ducha Ci oddam w nadziei niezłomnej,
Że raj Twój czeka duszy mej bezdomnej.

Była poliglotką, znała około dziesięciu języków, uczyła się ich nadzwyczaj łatwo. W ciągu dwóch lat działalności w Finlandii, nie tylko nauczyła się tego najtrudniejszego w Europie języka, ale dokonała pierwszych w historii kraju tłumaczeń, między innymi katechizmu katolickiego, zaś w Szwecji rozpoczęła redagowanie pierwszego katolickiego czasopisma.

Wśród wielu zadziwiających cech charakteru tej niezwykłej osobowości, jedna wyróżniała się w sposób szczególny – potrafiła w sposób niepojęty godzić ze sobą sprawy z pozoru nie do pogodzenia. Łączyła na przykład arystokratyczne pochodzenie z poczuciem służby. Była kobietą światową i jednocześnie – według określenia wybitnego Duńczyka, profesora Georga Brandesa – „Polką do szpiku kości”. Obywatelstwo świata łączyła z kultem ojczyzny. Ale jej patriotyzm był innego rodzaju niż ten, który opisywał Bolesław Prus w „Lalce”: „Polak czuł, myślał, pragnął i cierpiał – za miliony. Tylko – nic nigdy nie zrobił użytecznego. Zdawało mu się, że ciągłe frasowanie się całym krajem ma bez miary wyższą wartość od utarcia nosa zasmolonemu dziecku”. Matka Urszula łączyła dwie wielkie polskie tradycje – romantyzmu i pozytywizmu, bo „frasowała się całym krajem”, a jednocześnie „ucierała nosy” tysiącom „zasmolonych dzieci”. Realizowała więc ideał, który Józef Piłsudski określał jako „romantyzm celów, pozytywizm środków”.

Być może zabrzmi to nieco podniośle, ale kochała Polskę miłością prawdziwie kobiecą, macierzyńską, wierną. Kochała bowiem Polskę nie tylko w chwale, ale i w ucisku. „Inne narody kochają swoją ojczyznę. Kochają ją, gdyż jest wolna, dumna, bogata, ponieważ zapewnia i dobrobyt, i wielkość” – zapisała w swoich notatkach. „Ale my ciebie kochamy, Ojczyzno moja, mimo że jesteś upokorzona, uciśniona. Kochamy cię, choć miłość, którą żywimy dla ciebie, przynosi nam często prześladowanie, zesłanie, więzienie i szubienicę”.

Rzucała się na sprawy wielkie, po ludzku niewykonalne, nawet beznadziejne, nie mając grosza w portmonetce. Wychodziła z założenia, że „jeśli dzieło jest Boże, to i pieniądze się znajdą”. Mówiąc wprost – porywała się z motyką na słońce i… słońce zdobywała, a znane porzekadło „głową muru nie przebijesz” nie miało do niej żadnego zastosowania. Nie sposób dzisiaj zrozumieć, jak radziła sobie z ogromnym natłokiem obowiązków, swoją postawą potwierdzała znaną prawdę, że ludzie najbardziej zapracowani mają czas na wszystko. Swą tytaniczną pracą burzyła utarty obraz arystokratki – rozkapryszonej, otoczonej służbą. Zwykle działała na kilkunastu odcinkach jednocześnie, wciąż wyszukując nowe, tak jakby wynajdywanie i piętrzenie nowych problemów było jej specjalnością. „Do pracy przyszłyśmy – mówiła – czas na wypoczynek będzie w niebie”.

Żaden polityk w tym czasie, z ministrem spraw zagranicznych włącznie, nie podróżował po świecie tyle, co ona. Kiedy ją pytano, gdzie mieszka, odpowiadała, że w wagonie kolejowym. Nie była to przesada, większość czasu spędzała w podróżach, głównie koleją, jeżdżąc po kraju i Europie, od jednej placówki urszulańskiej do drugiej. W zachowanych do dzisiaj pismach odręcznych, można dostrzec drganie kolejowego stolika.

„Pan Bóg chce służby wolnych” – mawiała i w myśl tej zasady rezygnowała często, chociaż zawsze za zgodą papieża, z zewnętrznych form i przepisów kościelnych, które mogły utrudnić zadanie. W Petersburgu zrezygnowała z noszenia habitu zakonnego i zaczęła nosić się jak dama, byle tylko móc kontynuować misję ewangelizacyjną. Swoje życie budowała na wierze pełnej i świadomej, pozbawionej sentymentalizmu i dewocji. „Moje siostry nie mają biczowań, nie noszą włosiennic, nie uprawiają nadzwyczajnych postów – moje siostry pracują” – powtarzała często. W pracy apostolskiej była realistką i znakomitą organizatorką, stosując zasady swego dalekiego przodka św. Franciszka Salezego: „Więcej much złapie się na łyżkę miodu niż na beczkę octu” i starą benedyktyńską maksymę „ora et labora” – módl się i pracuj. Co ciekawe, jej pobożność była niemal identyczna z pobożnością wielkiego mędrca Kościoła, św. Tomasza z Akwinu – miłość do Ewangelii, kult Eucharystii i nabożeństwo do Chrystusa Ukrzyżowanego.

Była jedną z tych osób, które wyprzedzają czas i historię. Na długo przed Soborem Watykańskim II upowszechniała praktyczny ekumenizm, prowadząc w krajach skandynawskich twórczy dialog z protestantyzmem, a na Polesiu z prawosławiem. Na długo przed powstaniem projektu wspólnej Europy, realizowała w praktyce ideę Europy bez granic.

Nie była politykiem, ale – rzecz dziwna – odznaczała się cechami prawdziwego męża stanu. Otoczony złą sławą i trzęsący całą Rosją premier Stołypin, napotkał w niej wymagającego rozmówcę. „Madame, widzę w pani niebezpieczeństwo dla Rosji” – miał do niej powiedzieć rosyjski inspektor szkolny. Na długo przed wielkim mężem stanu Winstonem Churchillem odkryła, że prawda, nawet bolesna, ma moc przemieniającą i mobilizującą ludzi do najbardziej heroicznych czynów. Churchill w przededniu wojny obiecywał Brytyjczykom „krew, pot i łzy”, ona – znacznie wcześniej – zachęcała studentki z mieszczańskich domów i ziemiańskich dworów do pracy na Polesiu, słowami: „Będzie to praca misyjna, cicha, w wioskach, gdzie brnie się prawie po kolana w błocie, gdzie w czasach jesiennych deszczów, zimowych zamieci, wiosennych roztopów, komunikacja ze światem poza obrębem wioski jest uniemożliwiona”. Trudno w to dziś uwierzyć, ale młodzież pozytywnie odpowiadała na wyzwanie.

W czasach, kiedy Rzeczypospolitej nie było na mapie i kiedy nie istniały żadne oficjalne placówki polskie na świecie, stała się ambasadorką Polski w wielu krajach Europy. Te „ambasady”, mieszczące się niekiedy w małych domkach na przedmieściach miast, były zalążkami polskości i przystanią dla polskich emisariuszy podążających na Zachód. Do dziś wciąż jeszcze niewiele wiemy na temat roli jej brata, generała jezuitów o. Włodzimierza Ledóchowskiego, w wielkim dziele odzyskania niepodległości Polski.

Była żarliwą patriotką. W Danii zorganizowała dom dla osieroconych dzieci, a kiedy trzeba było wracać do wyniszczonej wojną ojczyzny, przywiozła je wszystkie do kraju. „Będzie spało w koszu od bielizny, ale będzie uratowane dla ojczyzny” – wyjaśniała. „W naszych warunkach wszystko powinno nas łączyć. To moje polityczne dziś zadanie – uczyć rozumienia tego, że tylko trzymając się razem możemy coś zrobić” – mawiała, a niekiedy swą „politykę miłości” ujmowała jeszcze krócej: „Siła narodu w świętej miłości bliźniego, która łączy serca, spaja dusze i strzeże od waśni i niezgody”.

Polska międzywojenna wydała wielu znakomitych pedagogów. Ale chyba najbardziej oryginalnym, była matka Urszula. „Przyszłość narodu nie tyle w rękach polityków, ile w rękach matek spoczywa” – powtarzała. Nie mogło być inaczej – jej matkę, Józefinę z Salis-Zizers Ledóchowską, nazwano po śmierci „matką świętych”. Ojciec, Antoni Ledóchowski, spadkobierca rodzinnej tradycji powstańczej, dostarczył wzoru wychowania patriotycznego. Matka Urszula wychowywała młodzież w taki sposób, aby w oparciu o niezmienne zasady religijne, jej wychowankowie potrafili przystosować się do zmiennych okoliczności życia. Obiektywna teoria, wysnuta z życia, spełniała rolę klucza mądrości.

Była prekursorką ruchu, który dzisiaj nosi miano wolontariatu. Sama nazywała ten ruch „apostolstwem powszechnym”. Szła po prostu na spotkanie ze studentkami uniwersytetów i mówiła: „Nie zachęcam was do stanu zakonnego, ale pytam się, czy byście nie mogły dwa, trzy lata swej młodości poświęcić Bogu i Ojczyźnie”. Jeśli młodzież męska odbywa przez dwa lata służbę wojskową, argumentowała matka Urszula, to młodzież żeńska może dwa lata przeznaczyć na służbę społeczną. „Dojrzejesz przy tej pracy, duch twój zmężnieje, urośniesz we własnych oczach, bo przekonasz się, że jesteś stworzona do czegoś wyższego, pożyteczniejszego…” – przekonywała, zawsze skutecznie.

Zdumiewające, że w pierwszych latach walki o Polskę niepodległą dominował kolor szary, dla świata – kolor ubóstwa, poniżenia i cierpienia; dla Polaków – kolor ofiary i nadziei. Polska miała to ogromne szczęście, że u zarania swojej niepodległości znalazła nie tylko synów, których zdobił „szary strój” piechoty, gotowych przelewać krew za ojczyznę, ale i córy w szarych habitach robotniczych, gotowe do wielkich wyrzeczeń jakich wymagała wówczas sprawa niepodległości. Kościół miał to ogromne szczęście, że znalazł w osobie Urszuli Ledóchowskiej jeszcze jeden przykład na ogromną żywotność katolicyzmu.

Tadeusz ROGOWSKI


 

URSZULA LEDÓCHOWSKA, właśc. Julia Maria hr. Halka-Ledóchowska (1865 Loosdorf w Austrii – 1939 Rzym) – święta, założycielka Urszulanek Serca Jezusa Konającego.

Była jedną z dziewięciorga dzieci Antoniego Augusta Ledóchowskiego (1823-1885), rotmistrza huzarów i szambelana cesarskiego i Józefiny z d. Salis-Zizers (1831-1909) z pochodzenia Szwajcarki, wnuczką generała Ignacego Ledóchowskiego (obrońca Modlina w Powstaniu listopadowym). Spośród jej rodzeństwa stan duchowny wybrali: siostra Maria Teresa – późniejsza błogosławiona Maria Ledóchowska; siostra Ernestyna – zakonnica; brat Włodzimierz Ledóchowski – przyszły przełożony Generalny Towarzystwa Jezusowego. Brat Ignacy Kazimierz Ledóchowski wybrał karierę wojskową, dosługując się stopnia generała dywizji w Wojsku Polskim (zmarł w niemieckim obozie koncentracyjnym). Była stryjeczną bratanicą kardynała i prymasa Polski Mieczysława Halki-Ledóchowskiego, więzionego przez Prusaków w okresie Kulturkampfu.

W wieku 18 lat przeniosła się wraz z rodziną do Lipnicy Dolnej w gminie Lipnica Murowana. Trzy lata później wstąpiła do krakowskiego klasztoru urszulanek, przyjmując imię Urszula. W 1907, otrzymawszy błogosławieństwo Piusa X wraz z dwiema siostrami wyjechała do Petersburga, by objąć kierownictwo internatu przy polskim gimnazjum. W 1910 powstał dom dla wspólnoty oraz gimnazjum z internatem dla dziewcząt. Cztery lata później matkę Urszulę wydalono z Rosji, co spowodowane było wybuchem I wojny światowej. Urszula Ledóchowska udała się do Sztokholmu, następnie do Danii. W Skandynawii kontynuowała pracę pedagogiczną – założyła szkołę dla dziewcząt, ochronkę dla sierot po polskich emigrantach, współpracowała z założonym w Szwajcarii przez Henryka Sienkiewicza Komitetem Pomocy Ofiarom Wojny, starając się uwrażliwić Skandynawów na sprawę niepodległości Polski.

W 1920 r. petersburskie urszulanki wróciły do Polski i osiedliły się w Pniewach k. Poznania. Niedługo potem Benedykt XV zezwolił im na przekształcenie się w Zgromadzenie Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego, mające żyć duchowością urszulańską oraz tradycją pracy wychowawczej jako uprzywilejowanego narzędzia ewangelizacji. W jej ramach urszulanki SJK, zwane od koloru habitów urszulankami szarymi, działały nie tylko w Polsce, ale także we Włoszech i Francji. 1 stycznia 1925 roku założyła w Pniewach pierwsze w Polsce koło Krucjaty Eucharystycznej. Powszechnie ceniono ją i szanowano za poświęcenie dla innych (zwłaszcza dzieci) oraz pogodę ducha, którą sama uznawała za świadectwo więzi z Chrystusem. Gdy umarła podczas wizyty w Rzymie, mówiono, że „zmarła święta”.

20 czerwca 1983 w Poznaniu Jan Paweł II beatyfikował matkę Urszulę, a 18 maja 2003 w Rzymie kanonizował. W 1989, w pięćdziesiątą rocznicę śmierci zachowane od zniszczenia ciało błogosławionej Urszuli zostało przewiezione z Rzymu do Pniew i złożone w kaplicy domu macierzystego.

Na podstawie: Wikipedia.

Jedna myśl na temat “Życie w kolorze szarości

  • 29 maja 2020 o 14:54
    Permalink

    I znowu nauczylam sie o poczatkach wolentariatu i o pieknej karcie zycia Blogoslawionej S.Urszuli.Dziekuje.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.