Koszalin (mniej) sentymentalny

Piękne poniemieckie miasto, raj bezpowrotnie utracony, wypieszczone i wychuchane przez Niemców, zburzone przez Rosjan, zdemolowane przez Polaków, zrujnowane przez komunę – tak odmalowany obraz Koszalina płynie z niektórych publikacji, niemieckich i polskich, prasowych i internetowych. O ile u potomków przedwojennych mieszkańców miasta, sentymentalizm i tęsknota za utraconym Heimatem są dość naturalne, to podobna postawa u dzisiejszych mieszkańców Koszalina, musi wywoływać zdziwienie. Nigdy nie rozumiałem, skąd biorą się u nas kompleksy wobec Niemców i zaniżone poczucie własnej wartości. Bo jeśli ktoś powinien mieć kompleksy, to na pewno nie my.

Urodziłem się i wychowałem w samym śródmieściu Koszalina, moja pamięć sięga końca lat 50-tych ubiegłego wieku. Byłem świadkiem powojennego odgruzowywania, które trwało jeszcze do wczesnych lat 60-tych. Obserwowałem przebijanie się przez miasto z główną arterią, wzdłuż ciasnej ulicy Zwycięstwa, na której wtedy z trudem mijały się dwa samochody. Często odbywało się to kosztem zabudowy nadającej się jeszcze do zamieszkania, wtedy bezcennej, z której jednak rezygnowano, żeby uczynić Koszalin pięknym i nowoczesnym. Przyglądałem się wyburzeniom wzdłuż Zwycięstwa przed centralnymi dożynkami w 1975 roku, których ofiarą padł również mój dom, widziałem stopniową likwidację poszczególnych kwartałów śródmieścia. Zapamiętałem dobrze sielski poniemiecki Koszalin, a już najbardziej ten, którego nie można było dostrzec z ulicy.

Śródmiejskie kwartały Koszalina przypominały potiomkinowską wioskę – z przodu schludne fasady, okazałe witryny sklepowe, z tyłu labirynt ciasnych podwórek, ciemnych bram i piwnic, mrocznych zaułków i przejść między bezładną zabudową. Ponure kłębowisko oficyn, suteren, przybudówek, komórek i latryn, odrapanych baraków i dobudówek, gołych nietynkowanych ścian, dziwacznych bezforemnych budowli, których przeznaczenia można było się ledwie domyślać. Pół biedy jeszcze, jeśli budynki były wykonane z muru pruskiego. Te, miały piętra poprzedzielane drewnianymi stropami wypełnionymi gliną, obitymi od spodu słomianymi matami, zarzuconymi tynkiem. W razie pożaru, takie domy płonęły jak pochodnie i szybko zamieniały się w wypaloną od środka skorupę zewnętrznych ścian. Często jednak, były to typowe budowle szachulcowe, drewniano-gliniane domy, których konstrukcję stanowił drewniany szkielet, wypełniony gliną wymieszaną z sieczką, trocinami i wiórami, otynkowany gliną nałożoną na plecionkę z trzciny. Popularność trzciny w Koszalinie, jako materiału budowlanego, wynikała prawdopodobnie z bliskości jeziora Jamno. Gliny zaś zawsze tu było pod dostatkiem, ale z uwagi na wysokie koszty wypalania, stosowano ją w stanie surowym.

Solidne kamienice dopiero przed wojną powstawały, kilka narożnikowych na Rynku (Markt), inne w zwykle oddalonych od centrum rejonach miasta, m.in. przy dzisiejszej ulicy Wyspiańskiego. Zdecydowaną większość zabudowy mieszkalnej stanowiły jednak kamienice, których stan można delikatnie określić jako kiepski. Kiedy ulicą Zwycięstwa przejeżdżał większy samochód, w domach zaczynały dzwonić filiżanki w kredensach. Podczas wyburzeń ulicy Zwycięstwa przed dożynkami, jedyną solidną poniemiecką budowlą okazał się bunkier pod kamienicą stojącą naprzeciwko „czerwonego banku”. Kilka dni przed fetą na stadionie Gwardii, kiedy budowlańcy już przymierzali się do świętowania zakończenia prac, niespodziewanie natknięto się na ukryty w piwnicach bunkier. Rozkuwanie trwało dzień i noc, przy młotach pneumatycznych przez całą dobę zmieniali się żołnierze, podobno rozważano użycie ładunków wybuchowych, obawiano się jednak, że pobliski dom handlowy Saturn może się złożyć jak domek z kart.

O ile centrum miasta można by było datować na osiemnaste stulecie, z elementami dziewiętnastego i dwudziestego, to zabudowa okolic murów miejskich, przed wojną wciąż jeszcze zamieszkiwana, zasługiwała na miano średniowiecza. Małe domki, budy, komórki, wykonane z drewna i gliny, przyklejone były do murów, tworzących jedną, a nawet dwie ściany zewnętrzne prowizorycznych budowli. Gruba ściana muru dawała dobrą osłonę i solidne oparcie dla reszty „doklejonej” budowli, biedota miejska chętnie się więc do niego przytulała. Zdarzało się, że małe domki budowano wprost na murach, przypominały wówczas do złudzenia chatki na kurzej stopce z bajek dla dzieci.

Niemcy zresztą potrafili sprytnie przykryć ten wstydliwy problem, podpisując pocztówki z widokami ruin: „malowniczy zaułek” albo „ulica z resztkami murów miejskich z 1292 roku” lub po prostu „Alt-Köslin” (stary Koszalin). Nigdy jednak nie wyjaśniali, dlaczego w tych „malowniczych zaułkach” i murach z 1292 roku wciąż mieszkają ludzie. Dlaczego ten „Alt-Köslin” z epoki fotografii, ukazuje ludzi żyjących w epoce drzeworytu. To tak, jakby dziś Koszalin wydał pocztówki z widokiem obskurnych podwórek w „Trójkącie bermudzkim”, podpisując je „poniemiecki Koszalin”. Mam wrażenie, że żaden współczesny mieszkaniec Koszalina nie dałby się na to nabrać.

Gdybyśmy dziś mieli wskazać przykład prusko-niemieckiego miasta, które rozkwitło pod rządami Polaków, z pewnością w czołówce znalazłby się Koszalin. Z kresowego i peryferyjnego w Rzeszy 30-tysięcznego miasteczka, które do 1939 roku niezbyt daleko wyszło poza średniowieczne mury obronne, w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat wyrosło miasto czterokrotnie większe, rozciągające się kilkanaście kilometrów wzdłuż i wszerz. Zbudowano trzy nowe Koszaliny (!) a czwarty, najstarszy, gruntownie przebudowano nadając mu wielkomiejski charakter. Nowe miasta-osiedla, poprzecinane szerokimi arteriami komunikacyjnymi, powstawały w szczerym polu, na łąkach i pastwiskach. Trudno o drugi taki przykład w samych Niemczech, nawet przykład Bonn, które po wojnie nieoczekiwanie stało się na kilkadziesiąt lat stolicą Republiki Federalnej Niemiec, nie może równać się z Koszalinem. Tam zdołano zaledwie potroić liczbę mieszkańców, mimo przeniesienia wszystkich instytucji centralnych dawnego państwa niemieckiego.

Pierwsi Koszalinianie, nazywani dumnie pionierami, pierwsze pokolenia Koszalinian, ci wszyscy ludzie, którzy w niezwykle trudnych powojennych warunkach podjęli trud najpierw odbudowy, a później rozbudowy miasta, nie mają dziś najmniejszych powodów do kompleksów. Przeciwnie, mogą z dumą spoglądać na swoje miasto i stawiać wymagania następnym pokoleniom. Wbrew temu, do czego próbuje się nas dziś przekonywać, siłą, która ich ożywiała, nie była ideologia, lecz patriotyzm. Jeśli udało się tak wiele osiągnąć, to tylko dlatego, że ludzie zachowali rozsądek, licząc się – podobnie zresztą jak i dziś – z narzuconą rzeczywistością polityczną, lecz jej nie akceptując. Dziś, niemieccy potomkowie przedwojennych Koszalinian, przy całym zrozumieniu ich tęsknoty za Heimatem, muszą z szacunkiem wypowiadać się o dokonaniach polskich Koszalinian. Obecni komentatorzy historyczni w polskim Koszalinie, przy całej tolerancji dla ich tęsknoty za Heimatem, nie powinni nas karmić swoimi kompleksami.

Tadeusz ROGOWSKI

 

ZDJĘCIE: Mury miejskie w Koszalinie z „doklejonymi” domkami były zamieszkane aż do końca czasów niemieckich.

10 myśli na temat “Koszalin (mniej) sentymentalny

  • 16 marca 2012 o 17:39
    Permalink

    Oj tęsknią chłopaki za Heimatem, ale kto nie tęskni za dobrobytem, karierą, awansem zawodowym, pieniędzmi? Może dobrze wyczuli kierunek, z którego wieje „wiatr historii”?

    Odpowiedz
  • 16 marca 2012 o 19:00
    Permalink

    [b]Gliny zaś zawsze tu było pod dostatkiem, ale z uwagi na wysokie koszty wypalania, stosowano ją w stanie surowym.[/b]

    😀 😀 😀

    oczywiście to Ci się napisało niechcący 😀

    Odpowiedz
  • 17 marca 2012 o 08:16
    Permalink

    Bardzo ciekawy blog pan Hozlera przypomina co każdy wie ale do glosu doszli ludzie którym szkoda tego zapyziałego miasteczka niemieckiego. Ja tez tego nie rozumiem i tez pamiętam tamten Koszalin ktory został tu vardzo dobrze przedstawiony tak jak było..

    Odpowiedz
  • 17 marca 2012 o 18:12
    Permalink

    Najgorsza ruina była na 1 Maja i po tej stronie przy ktorej były później delikatesy. Tragicznie wyglądały domy wzdłuż ul. Zwycięstwa po stronie katedry, które zburzyli na Dożynki albo tu gdzie teraz stoi centrum Cegielskiego. Był to XIX wiek.

    Odpowiedz
  • 17 marca 2012 o 19:36
    Permalink

    „podobna postawa u dzisiejszych mieszkańców Koszalina, musi wywoływać zdziwienie” – Czyżby ? Koszalin to MOJE, polskie miasto, ma historię trochę bardziej skomplikowaną niż inne masta. Raczej NIE mam z tego powodu kompleksów, dumny jestem, iż moje, polskie miasto ma prawie 750 lat historii. Historii WYŁĄCZNIE koszalińskiej, pomorskiej, tylko fragmentarycznie zahaczającej. dzieje tzw niemiec.

    Odpowiedz
  • 1 maja 2012 o 08:00
    Permalink

    Dwadzieścia kilka lat po obaleniu komuny Polacy nadal nie maja praw wyborczych. W Koszalinie wykształciła sie klasa politrucka tak jak za komuny i ona jedynie może ubiegac się o funkcje publiczne. Nie ma żadnych wyborów, to co nazywa się w Polsce i Koszalinie wyborami to jest hucpa nie gorsza od tej z czasów komuny.

    Odpowiedz
  • 19 lipca 2014 o 21:21
    Permalink

    Witam,
    od pewnego czasu staram sie zweryfikowac infromacje dotyczace daty powstania niemieckich domow, w Rokosowie. Mysle, o okolicach ul Westerplatte, Parkowej itd. Czy posiada pan informacje na ten temat?
    Pozdrawiam,
    Magda.

    Odpowiedz
  • 25 października 2014 o 11:09
    Permalink

    Witam.I tu się nie zgodzę artykułem.Trzeba szanować historię miasta.Dziś traci ono swój charakter stając się futurystyczne.Traci smak i styl,znikają kolejne zabytkowe kamienice,domki.Za jakiś czas docenicie to jak już całe miasto zostanie zalane betonem.Zapraszam do dyskusji na moją stronę o zapomnianym mieście- ,,Nieznany Koszalin,,www.ssbros.stsystem.pl .Tam przekonacie się co tracimy z każdym dniem…Ja mimo że mieszkam już tu od 43 lat wolę ten dawny Koszalin- KOSLIN

    Odpowiedz

Pozostaw odpowiedź Piotr Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.