Z kajaka na barkę Piotrową

Jan Paweł II dobrze poznał Pomorze Środkowe i to na długo przed przyjazdem do Koszalina w 1991 roku. Nie wszyscy wiedzą, że właśnie stąd, znad jeziora Krępsko koło Wałcza, przesiadł się – według własnego określenia – „z kajaka na barkę Piotrową”.  Poznawał Pomorze z poziomu licznych rzek i jezior. Ksiądz, później biskup i kardynał – Karol Wojtyła poznawał tą krainę już od lat 50-tych, odbywając liczne spływy kajakowe z przyjaciółmi: szlakiem Drawy (1955 i 1967), Gwdy (1960), Piławy (1961 i 1977), Regi (1962), Słupi (1964), Parsęty (1965), Rurzycy (1970), okolic jeziora Ostrowiec (1971) i jeziora Wierzchowo (1975), Gwdy i okolic jeziora Krępsko (1978).

Faktem zaskakującym jest, że wszystkie godności kościelne Karola Wojtyły wiązały się w jakiś sposób z… kajakami. W 1958 roku, podczas spływu rzeką Łyną, otrzymał wiadomość o nominacji na biskupa. W 1964 roku, jako nowo mianowany arcybiskup metropolita krakowski uczestniczył w spływie po rzece Słupi. W roku 1967, zaraz po otrzymaniu z rąk papieża Pawła VI nominacji kardynalskiej, przyjechał wprost z Watykanu na rzekę Drawę. Ostatnie kajakowe wakacje spędził w 1978 roku na jeziorze Krępsko koło Wałcza. Dwa miesiące później został papieżem.

Zaczęło się od spotkania na początku lat pięćdziesiątych grupy krakowskich studentów z młodym księdzem Karolem Wojtyłą. Młodzież potrzebowała przewodnika i znalazła go w osobie młodego księdza, duszpasterza akademickiego. Z czasem grupa rozrosła się, a więzi zacieśniły. Po kilku latach mogli już nazywać siebie „Rodzinką”, później „Środowiskiem”. Najpierw ksiądz, później biskup, wreszcie kardynał Wojtyła, był z nimi wszędzie – uczestniczył w spływach kajakowych i górskich wędrówkach, zachęcał do nauki i pracy, udzielał ślubów i chrzcił dzieci.

Dzień rozpoczynał się wraz z brzaskiem. Ks. Wojtyła wstawał najwcześniej, golił się, kąpał i oddawał modlitwie. Po Mszy Świętej prowadził rozmowy z młodzieżą, słuchał spowiedzi w kajaku, który natychmiast został nazwany konfesjonałem. Później był czas na modlitwę. Zachowało się zdjęcie, na którym widać ks. K. Wojtyłę zagłębionego w lekturze w znieruchomiałym wśród szuwarów kajaku. Do legendy przeszły już wodniackie Msze Święte. Za ołtarz służyły odwrócone kajaki oraz skrzyżowane wiosła. Świece paliły się w kocherach. Wojciech Heydel wspomina: „Wujek – bo taki przydomek otrzymał ks. Wojtyła – miał specjalny turystyczny sprzęt liturgiczny… Całość mieściła się w szaroniebieskim worku zawiązanym na tasiemki”. Niekiedy okoliczności zmuszały do odprawiania Eucharystii w namiocie. „Ołtarz mieścił się u wejścia na składanym stoliku, a myśmy stali na zewnątrz. W razie konieczności można było tak zamknąć namiot, że celebrans byłby zupełnie niewidoczny, a ludzie rozeszliby się w różnych kierunkach” – wspomina Wojciech Heydel.

Po śniadaniu Rodzinka ruszała w drogę. Wujek płynął na starym kajaku o pieszczotliwej nazwie „Kalosz”. Często jednak przesiadał się na któryś z innych kajaków, aby podyskutować z uczestnikami wyprawy. Odznaczał się znakomitą kondycją fizyczną. Jak wspomina jeden ze współtowarzyszy, potrafił przepłynąć jezioro o szerokości 800 metrów, tam i z powrotem. Posiłki były niewyszukane, pochodziły głównie z puszek i słoików z gotowymi potrawami. Ks. Wojtyła, chociaż był zwolniony ze zwykłych zajęć, nie zawsze korzystał z przywileju i często włączał się do prac porządkowych, jak choćby zmywanie naczyń.

Co kilka dni obchodzono tak zwany Dzień Turysty. Tego dnia wolno było robić wszystko, oprócz… uprawiania turystyki. Spano do południa, później zbierano grzyby, urządzano krótkie wypady do pobliskich miejscowości lub grano w brydża. Wielkim wydarzeniem był mecz piłki nożnej. „Wujek należał do najbardziej zaciętych zawodników, a nawet raz został sfaulowany i chodził potem kilka dni z obandażowaną nogą” – wspomina jeden z uczestników kajakowych wypraw. Wieczorami śpiewano pieśni harcerskie i ludowe. Nie brakowało zabawnych improwizacji i drobnych inscenizacji. Wujek chętnie uczestniczył w pojedynku na dokładanie kolejnych zwrotek do znanych pieśni. Na zakończenie spływu wygłaszał mowę, nazywaną przez uczestników wyprawy expose. „Z niezwykłym taktem Wujek umiał przekazać poważne treści w lekkiej formie” – wspomina Krzysztof Rybicki.

*    *    *

Kardynał Karol Wojtyła, po wypadzie w 1978 roku na jezioro Krępsko, nigdy już nie powrócił na kajakowe szlaki. Ale nigdy też o nich nie zapomniał. W 1991 roku znów przyjechał na Pomorze. Nauczał. Mówił o potrzebie przemiany serc, wychowaniu do życia w wolności, prosił o sklejanie naczyń popękanych. Słowa te wygłaszał na ziemi, którą znał lepiej od niejednego z jej mieszkańców. „Stąd, znad Bałtyku, proszę was moi rodacy, synowie i córki jednego narodu”…

Tadeusz ROGOWSKI

 

Zdjęcie 1. „Wujek”, czyli ks. Karol Wojtyła, pływał na starym kajaku o wdzięcznej nazwie „Kalosz” (Zdjęcie wykonał Jacek Walczewski, przyjaciel ks. Karola Wojtyły i uczestnik wielu wspólnych wypraw).

Zdjęcie 2. Arcybiskup Karol Wojtyła oraz Danuta i Jerzy Ciesielscy, jako zwycięzcy w zawodach kajakowych na wycieczce Radew-Parsęta, rok 1965. Te dwie pomorskie rzeki spotykają się w Karlinie, gdzie Radew wpada do Parsęty.

Jedna myśl na temat “Z kajaka na barkę Piotrową

  • 27 kwietnia 2011 o 11:28
    Permalink

    Z tego co słyszałem Kalosz wystepuje w tej chwili w charakterze eksponatu w muzeum diecezjalnym w Krakowie. Był to chyba tzw. składak.. Nie były to tak wygodne kajaki jak dziś.

    Odpowiedz

Pozostaw odpowiedź Wiosełko Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.